SPOKÓJ FESTIW4L 2022 (28-30.07.2022, Dąbrowa na Kaszubach) – Relacja

  Grafika promująca SPOKÓJ FESTIW4L 2022 autorstwa Kamila Frąckiewicza aka Kitowcze aka szklanymozg (linki poniżej); (dzięki uprzejmości organizatorów)

 

Festiwal, którego oczekiwałam z wypiekami na twarzy, odkąd dowiedziałam się o jego istnieniu. Festiwal, który równocześnie przerażał mnie ze względów, które zaraz przybliżę. Festiwal, na który niemalże nie pojechałam (mój organizm postanowił dokonać bajońskiego fuxkupu w najbardziej odpowiednim ku temu momencie. Plus kilka innych, niewygodnych subtelności).

 

Spokój Festiwal.

 

Zrzucę to z siebie: nienawidzę spać w namiocie. Tak bardzo, że jeśli nie ma innej opcji, zabiorę ze sobą stado ruchomości umilających, mających za zadanie łagodzić katusze tych spartańskich warunków. Dodając do tego wszędobylskie robale — których nie tyle boję się z powodów zakorzenionych ewolucyjnie, ile żywię doń niebywałą odrazę, m.in. ze względów sanitarnych (tak, wiem, OCD) – i mamy gotową traumę.

 

Niemniej jednak w Dąbrowie zdarzył się cud, jakiego świat nie widział. Otóż ani namiotowe noclegi, ani natarczywe owady, ani nawet pachnące skutkami trzydniowej imprezy latryny nie zakłóciły mojego maniakalnie wręcz podniesionego nastroju podczas tych idyllicznych kilku dni. Z radością udawałam się do namiotu, nie myśląc w ogóle o tym, gdzie właściwie śpię, zamiast tego pragnąc jedynie objęć Morfeusza (tego dziada od snów, oby był tak hot, jak go sobie wyobrażam). Kąpieli zażywałam względnie legalnie w pobliskich jeziorach w doborowym towarzystwie (pozdrawiam serdecznie). Temat potrzeb fizjologicznych taktownie przemilczę, z może wyjątkiem wspomnienia o braku “incydentów woodstockowych”, tj. użycia zewnętrznej siły ku zmianie momentu pędu plastikowego pudełka z wątpliwie estetyczną zawartością (wprawiania go w ruch obrotowy, basically). Nie chcę wiedzieć, jak to wygląda z perspektywy pasażera.

Na teren festiwalu wjechałyśmy późno, zbyt późno, by od razu w pełni docenić rozciągające się przed nami krajobrazy, zbyt późno, by rozbić namioty przy naturalnym świetle. Ale czego się nie robi dla dobrej zabawy. Duet M^2 błyskawicznie rozprawił się z tymczasowym spankiem, w gradzie sucharów postanawiając, że szkoda czasu — trzeba gnać czym prędzej w stronę imprezy. A ponieważ uparłam się (co za nowość), żeby zdążyć na Nene Heroine — zdążyłyśmy (ba!).

 

Nene Heroine

 

Jako że wraz z sąsiadami (i okazjonalnie Zordonem) regularnie delektujemy się ich kompozycjami przy popołudniowej kawusi, musiałam posłuchać ich na żywo. Oczywiście sąsiedzi delektują się mimochodem, z racji mojego nieokrzesania względem doboru głośności, jednak w przypadku utworów tak dobrych jak te jest to raczej edukacja muzyczna, aniżeli zakłócanie porządku publicznego. Co najmniej kształcenie słuchu. Grają psychodeliczny post jazz z elementami rockowo-dubowo-improwizacyjnymi. Znajdziecie więc bardzo nieintuicyjną dla niewprawnych uszu rytmikę, tenorowy saks (który typuję jako prawdopodobny powód, dla którego Zordon otwarcie szanuje) i całe mnóstwo smaczków mogących początkowo wykręcić wam mózgi na lewą stronę, ale słuchanie ich to taki one-way ticket — jeśli choć raz złapiesz się mimowolnym nuceniu któregoś kawałka, przepadłeś/aś z kretesem. Jak dla mnie idealny soundtrack, szczególnie do czytania Murakamiego. Na Spokoju zaczęli grać jakoś po 1 w nocy, pora wręcz idealna na takie klimaty. Brzmienie po profesjonalnemu wydawało się czymś wręcz rutynowym (brawo oni i realizatorzy), zero zakłóceń tonalno-rytmiczno-sprzęgających w odbiorze. Trzeźwa jak niemowlę totalnie odpłynęłam w jakąś surrealistyczną krainę. I zagrali moje najulubieńsze kawałki! (Ok, trochę kłamię, kocham je wszystkie).

Czwartek zakończyłyśmy na Małej Scenie, gdzie codziennie od późnego popołudnia do białego rana można było dać się ponieść muzycznym wizjom rozmaitych DJów i DJek w klimatach sopockiego Sfinksa, czy krakowskiego Egodropa. Tuptaniu nie było końca.

 

Piątek powitał nas ciepłem i kolejkami pod prysznice, postanowiłyśmy więc skorzystać z okazji i uczynić wycieczkę nad, albo raczej do pobliskiego jeziora. Wykąpane i zadowolone, byłyśmy wreszcie w stanie docenić zachwycające piękno okoliczności przyrody, w jakich zorganizowano Spokój. Osobiście przyzwyczajona do miejskiej dżungli nie mogłam nacieszyć oczu polami, lasami, pagórkami, dzikimi kwiatami i właściwie wszystkim, na co padało moje spojrzenie. Totalna sielanka.

 

Oprócz koncertów można było podziwiać prace rozmaitych artystów (pochodzących z/tworzących głównie w Trójmieście i okolicach) w rozmaitych formach, oglądać w kinie niezależne krótkometrażówki, kompilacje vintage reklam, uczestniczyć w warsztatach jogi czy performance’u albo wykładach, odwiedzać stoiska z rękodzielniczymi cudami, zażywać kąpieli w Dzikim Spa, a nawet jeździć na rampie od Skate Areny. Oprócz tego hamaki, leżaki, jedzonko wszelakie, parzona na tysiąc sposobów i niesamowicie misternie przygotowywana przepyszna kawa od Józefa (pozdrawiam serdecznie). Bary, jasna sprawa, nawet dwa. Zadbali nawet o obecność SINu w razie nad wyraz dotkliwego kontaktu z pozaziemskimi cywilizacjami. Profesjonalizm ciśnie mi się jako epitet, ale coś czuję, że to bardziej z troski i serdecznych, szczerych chęci zrobienia imprezy DLA ludzi.

 

Chair

 

Comfort music. Jeden z koncertów, których wysłuchałam przy kramiku z rękodziełem, gdzie akustyka pozwalała na rozprzestrzenianie się fal dźwiękowych w wyjątkowo przyjemny sposób. Jednak nie to zaważyło na wrażeniu komfortu. Międzynarodowy duet tworzy coś, co określają jako „country-porn-punk” i w moim odczuciu idealnie oddaje to ich klimat. Brzmią jak muzyka z filmów stylizowanych na vintage’owe, ale idealnie pasowaliby też do Las Vegas Parano albo którejś z produkcji Jodorowsky’ego. Aspekt lekko psychodeliczny ciągnie ich niekiedy w kierunkach podobnych Jefferson Airplane, wybrzmiewają też wyraźnie inspiracje synthpopem. Mają dość specyficzne poczucie humoru, 90sowe dzieci zrozumieją na pewno.

 

Franek Warzywa

 

Och, ile śmiechu dostarczył nam ten występ to kontenerami trzeba byłoby mierzyć. Muzyczny i liryczny glitch art, wolno płynący strumień kreatywnej świadomości (pozdro dla W. Jamesa za dostarczenie pasującego określenia). Ktoś kiedyś powiedział, że żeby coś było śmieszne, musi być jednocześnie absurdalne i życiowe — tutaj mamy to w proporcji wręcz idealnej.

 

Próżnia

 

Kocham nie tylko za wykorzystanie japońskiego, choć chciałabym bardzo znać genezę (proszę, tylko nie kalka z D. Zawiałow). Tak czy inaczej, niezwykle przyjemnie się słucha, choć teksty uderzają czasami w miejsca, o których nie mówi się na co dzień, metaforycznie rzecz ujmując. Muzyczna powściągliwość tworzy idealne tło dla znaczeń, a że od tych jest w Próżni aż gęsto, wszystko się pięknie składa. Brzmieniowo… hm, hip-hopowo, lo-fi, R’n’B, o nieco soulowych właściwościach i z jakiejś przyczyny kojarzące mi się z emo rapem (pewnie teksty). Czy jest to w końcu od dawna przeze mnie poszukiwane perfekcyjne zgranie właściwości języka polskiego z muzycznym tempem = piękne frazowanie? 最も可能性が高い。[1]

 

Lastadia

 

Wprowadzili nas przez zachód słońca w wieczór swoim shoegaze’owo – dream popowym setem. W ich utworach znajdziemy także elementy jazzowe, a teksty ewidentnie pisane są pod muzykę, nie odwrotnie — co zadowala moje czepialskie ucho i pozwala cieszyć się odbiorem bez zgrzytów w linii muzyka — tekst. Bardzo dobry występ, nie zabrakło nawet coverów!

 

Potem zrobiło się zimno. Bardzo zimno. Kaszuby w lipcu pogodowo są trochę jak pustynia — nawet jeśli w dzień temperatura sięga powyżej 20°C, nocą najlepiej okryć się puchówką (albo śpiworem). Regularnie wjeżdżała herbatka ziołowa tudzież Earl Grey oraz dodawane były kolejne warstwy odzieży w kolejności i zestawieniu przypadkowym. Ponieważ jednak zmarzluchem jestem niezwykłym, nie obyło się bez interwencji samochodowych, tj. po prostu siedzenia w aucie pod kocykiem, z herbatką, kumulując ciepło, zanim znów odejdzie w siną dal. Jakoś w międzyczasie dojechała reszta naszej festiwalowej ekipy, robiło się więc coraz weselej.

 

Jazxing

 

Z temperaturą przywróconą do względnej normalności ruszyłyśmy w kierunku małej sceny, gdzie odbywał się set DJ-ski duetu Jazxing. I choć trudno nazwać tuptanie moimi klimatami, bawiłam się naprawdę świetnie. Na moje ucho oscylują w granicach EDM/house’u z domieszką latynoskich rytmów, ale nie przywiązujcie się do tej opinii — na tym polu żadna ze mnie ekspertka.

 

Aleph

 

Borze Tucholski, matko z córką i wszyscy śnięci. Psalmy na ich cześć piszą się w mojej głowie. Co oni mi w nią robią nagraniami to jedno, i co prawda powinnam spodziewać się geometrycznego przyrostu efektu przy słuchaniu live’a, ale i tak dali radę przeskoczyć tę absurdalnie wysoką poprzeczkę (nawiasem mówiąc, mogłam się tego spodziewać tym bardziej, że zawierają połowę Nadihra — proszę zapoznać się z moją recenzją Orion Arm, a doznacie olśnienia w kwestii mojego zachwytu). Jak (i to z taką łatwością) łączą trudne gatunki z trudnymi rytmami, a wychodzi takie groovy-przestrzenne cacko? Może kiedyś zapytam. Obstawiam niebotycznego skilla, dużo muzycznych przemyśleń, ale i dobrą wczutę i zabawę graniem. Zdecydowanie zalecam wszystkim na wszystko, bo w ich twórczości znajdziecie i eksperymenty wszelakie, i grunge’owe momenty, i progresywne rytmy, a na mój gust zaciągają nawet trochę w stronę Dead Can Dance, OMa (tylko szybciej), czy sludge’owych klasyków. W skrócie — Aleph kondensuje w sobie jakieś 85% mojego gustu muzycznego (przy czym wszytko powyżej byłoby nie do zniesienia, trust me). Totalnie opłacało się zamarzać do 3 rano z półotwartymi oczami dla tej wisienki na Spokoju.

Sobotni poranek wyglądał właściwie podobnie do piątkowego — ze zmianą miejsca kąpielowego na inne jezioro. W międzyczasie dowiedziałyśmy się, że kaszubscy przejezdni niesamowicie ciekawie reagują na kobiety czeszące mokre włosy przy zaparkowanym na wjeździe do lasu samochodzie, toteż starałam się każdorazowo machać do delikwentów, by wytrącić ich mózgi z niewątpliwego stuporu, w jaki ich wprawiałyśmy — w końcu nie chcę mieć nikogo na sumieniu.

 

Po powrocie i rozłożeniu kramiku nadeszła pora karmienia — burgerki pierwsza klasa — i, co nawet ważniejsze, kolejną porcję kofeiny, bo poprzednia była zdecydowanie za słaba.

 

Zwidy

 

Czyli przezacne otwarcie sobotniego składu line-upowego. Są z Warszawy i właściwie to ich też słucham (tak, z sąsiadami), ale Spokój był naszym pierwszym „na żywo”. Występ bardzo elegancki sonicznie, szczególnie ze stanowiska kramikowego, gdzie — jak wspominałam — warunki do słuchania były idealne, ale i pod sceną brzmieli bardzo dobrze (byłam sprawdzić). Wystarczyło zresztą zerknąć na frekwencję tamże. Urzekające są dla mnie ich wykorzystujące chyba każdą możliwą formę ironii teksty, a warstwa muzyczna ani na chwilę nie pozostaje w tyle. Przemyślcie konotacje nazwy zespołu, a otrzymacie idealną charakterystykę ich twórczości. Ich math-noise-postrock/hcowa (love) mieszanka z domieszką emo bardzo przypomina mi klimaty koncertów mojego ulubionego krakowskiego klubu Warsztat. Grają 20 sierpnia w Hydrozagadce, zabieram swoją wizytację i zapraszam na zbicie piąteczek.

 

Tentent

 

Uwielbiam pisać ich nazwę (pozdro dla kumatych). Przyjemne, post-punkowo – krautrockowo – lekko psychodeliczne granie. Idealnie wręcz pasują mi do takiego właśnie wakacyjnego, festiwalowego klimatu. Albo plażowego — pełen chill, morze, słońce, grzebanie ciał w piasku i Tentent. Na tym etapie wykoncypowałam już z całą pewnością, iż: a) zespoły prezentujące swoją twórczość na Spokój Festiwal naprawdę potrafią w teksty po polsku (jak już może wiecie jest to temat niesamowicie drażliwy dla moich uszu), nie tracąc przy tym niczego z przekazywanej treści (maksymalny szacunek) i b) realizatorzy spisali się na medal, proszę przyznać im co najmniej order „dzielny pacjent”. Nie inaczej było w tym przypadku, choć należy oddać muzykom gruntowne przygotowanie instrumentalne.

 

Następnie oddaliłam się zażyć ruchu na eksploracyjno-rekreacyjny spacerek (i przy okazji znalazłam kolejne jezioro, pospieszyłam zatem poinformować o tym fakcie załogę). Wtedy właśnie zapadła wiążąca decyzja o komisyjnym spożyciu jednostki alkoholu w postaci piwa celem uczczenia ostatniego dnia i sukcesu handlowego mej głównej towarzyszki, tudzież po prostu tzw. piwerko po robocie.

 

Sviniarski Orchestra

 

Podobno najlepszy koncert. Podobno, bo wyszłyśmy z kina tak późno, że zdążyłyśmy tylko na ostatni kawałek. Gdyby drogi nie przeciął nam pewien chrabąszcz (podobno biegacz skórzasty, tj. Carabus coriaceus), pewnie byłybyśmy szybciej… ale cóż, pewnie musiało tak być (i proszę nie odzierać mnie z komfortu iluzji teleologizmu nieszczęśliwych wypadków tego rodzaju). Bądź co bądź, jeśli można wnioskować takie rzeczy po półtora utworu, to rzeczywiście musiał być fantastycznie dobry koncert.

 

Sebol Bejsbol

 

„Korpojaja” definitywnie zostały hymnem tegorocznej edycji Spokoju. Czy mnie to dziwi? Absolutnie nie. Czy jest to rap, którego słucham w domu? Nie mogłoby być inaczej. Czy występ tego wspaniałego artysty był dokładnie tym doświadczeniem sensorycznym, którego oczekiwałam? Tak, a nawet bardziej. Wizualizacje z painta i rozpadający się (dosłownie) ekran zwieńczały to unikatowe dzieło współczesnego performance’u. Publika szalała z rozkoszy.

 

Artificialice

 

Uwielbiam. Doświadczenie intymne, oniryczne, z nutą psychodelii. Wszystko tu płynie, ale i zgrzyta, przy czym ten oksymoron jest w stanie harmonicznie współistnieć, tworząc doprawdy unikalną całość. Elektronika — check, piękne wokale — check, emocje — double check. Trochę Björk, trochę eksperymenty, trochę jakby w jazz, ale najbardziej i tak polecam teksty. Śmiałe, konkretne, bardzo psychologiczne, z kobiecym pierwiastkiem, ale nadal uniwersalne. Łapiecie te wszechobecne dychotomie? Jak to trafnie określiła Martyna (nie ja, tym razem): „ta płyta [„Prisoners of Expectations”] to perfekcyjna całość”.

 

Immortal Onion

 

Ostatni, wyczekany koncert. Wiadomym było, ze to będzie doskonały set (kto nie wie, polecam szybciutko sprawdzić, co „Cebulki” – jak pieszczotliwie mówią o nich fani — tworzą), ale poziom mojego szacunku do nich wzrastał z każdym lumenem generowanym przez przejmującą stery niedzielę. O ogromie ich muzycznych umiejętności świadczą już nagrania, ale — powtórzę po tysiąckroć — ostateczną weryfikacją zawsze jest live. A gdy gra się fuzję wszystkiego (fusion też, tak, elektronika, oczywiście) ze wszystkim (naprawdę wszystkim, ja tu słyszę nawet podjazdy progmetalowe, więc jeśli na tym etapie nie masz odpalonego któregoś z ich kawałków jako muzycznego tła do lektury, człowieku, to serio, weź przemyśl swoje życie), zaczynając seta gdzieś o 3 rano, w międzyczasie sącząc piwka, i to gra się tak w punkt, wait… Właściwie to dlaczego oni nie są jeszcze sławni?

 

Podsumowując (wersja dla wytrwałych; jeśli więc od ilości tekstu wypadają ci już oczy, polecam przeczytać to krótsze, poniżej), jakiekolwiek inwestycje nie zostałyby poczynione w celu przybycia i przebywania na Spokój Festiwal, zostały oddane z nawiązką wielkości Drogi Mlecznej (widocznej w nocy z terenu festiwalu! Gratka dla mieszczuchów), materiałem wspomnieniowym, który zostanie przekazany moim, tudzież cudzym, wnukom (w zależności od życiowych okoliczności, rzecz jasna) i przemożnym apetytem na kolejną edycję. Widoczny gołym okiem ogrom ciężkiej pracy, jaki włożyli w to wszyscy zaangażowani stworzyciele tego niepowtarzalnego wydarzenia (c’mon, latali tam przez kilka tygodni z łopatami, budowali rozmaite konstrukcje z drewna, nie no, normalka, robię to na co dzień), zasługuje na co najmniej taki aplauz, jaki otrzymali Queen na Wembley w ‘86. Od line-upu i merchu, przez mnogość i różnorodność atrakcji, po zaopatrzenie spożywczo-trunkowe — wszystko przemyślane, przygotowane i na cacy. Żeby nie było, że słodzę w stylu cukrzyca instant: ok, pewnie mogłoby być czegoś więcej, czegoś mniej, coś inaczej — zawsze może, zawsze znajdą się maruderzy z loży szyderców (choć mam nadzieję, że tutaj jednak nie), ale dopóki ludzkość nie wynajdzie sposobu na przewidywanie przyszłości albo podróże w czasie (skutek ten sam), dopóty zawsze będzie coś, czego się nie przewidzi — to wpisane na mur-beton w naszą egzystencję. Spróbujcie zorganizować sami choćby i domówkę, a dowiecie się, o czym mowa. Skalując to na tak duże wydarzenie, poziom potencjalnych niespodzianek osiąga przyrost iście lawinowy. Biorąc to wszystko pod uwagę, Spokój Festiwal był dla mnie organizacyjnym arcydziełem. Przeogromne gratulacje i dzięki za powołanie tej wspaniałości do życia.

 

Podsumowując krótko, acz treściwie: kiedy byłam młod(sz)a, sądziłam, że najlepszym festiwalem świata jest Woodstock. Kiedy dorosłam, wiem już, że jest nim Spokój Festiwal. Dziękuję za zaproszenie, do zobaczenia za rok!

 

 

Martyna

 

 

Linki (w kolejności występowania w dzisiejszym odcinku, bo oszalałabym segregując alfabetycznie):

 

 

SPOKÓJ FESTIW4L 2022 (wydarzenie FB): https://www.facebook.com/events/1061825201398998/

 

SPOKÓJ FESTIWAL FB: https://www.facebook.com/SpokojFestiwal

 

SPOKÓJ FESTIWAL IG: https://www.instagram.com/spokojfestiwal/

 

KAMIL FRĄCKIEWICZ FB: https://www.facebook.com/kitowcze

 

KAMIL FRĄCKIEWICZ IG: https://www.instagram.com/szklanymozg/

 

NENE HEROINE FB: https://www.facebook.com/profile.php?id=100063485233183

 

NENE HEROINE IG: https://www.instagram.com/neneheroinemusic/

 

NENE HEROINE SPOTIFY: https://open.spotify.com/artist/682FUdadxb0BbBEJosAiSR

 

CHAIR FB: https://www.facebook.com/Chair.The.Band/

 

CHAIR LINKTREE (IG, YT, TikTok, wszystko): https://linktr.ee/kocham.chair?fbclid=IwAR0M_w9pSDL4AjEW02weDxqhk3Qp4dazBvNV5j2pOc2-8PkgYGGXs7kXlyE

 

FRANEK WARZYWA FB: https://www.facebook.com/FranekWarzywa

 

FRANEK WARZYWA IG: https://www.instagram.com/franek_warzywa/

 

FRANEK WARZYWA YT: https://www.youtube.com/c/FranekWarzywa

 

PRÓŻNIA FB: https://www.facebook.com/totylkoproznia

 

PRÓŻNIA IG: https://www.instagram.com/proznia1/

 

PRÓŻNIA SPOTIFY: https://open.spotify.com/artist/7zkwgyC49E931DJ76FGe99

 

LASTADIA FB: https://www.facebook.com/lastadia.music

 

LASTADIA IG: https://www.instagram.com/lastadiamusic/?hl=en-gb

 

LASTADIA SPOTIFY: https://open.spotify.com/artist/7F4HCtHLVVMo9vJaQtUDSY

 

JAZXING FB: https://www.facebook.com/JazxingGSD

 

JAZXING IG: https://www.instagram.com/jazxing/

 

JAZXING SPOTIFY: https://open.spotify.com/artist/2JHfUkPZJLj39PqBrRjjuK

 

ALEPH FB: https://www.facebook.com/alephtheband

 

ALEPH IG: https://www.instagram.com/aleph.the.band/

 

ALEPH SPOTIFY: https://open.spotify.com/artist/0yY78c2nz0iVh8NxG4kNVJ

 

ZWIDY FB: https://www.facebook.com/zwidy

 

ZWIDY IG: https://www.instagram.com/zwidyzwidy/

 

ZWIDY SPOTIFY: https://open.spotify.com/artist/03ZzgzybQr8UyvWCMSCvRy

 

TENTENT FB: https://www.facebook.com/grupatentent

 

TENTENT IG: https://www.instagram.com/grupatentent/

 

TENTENT SPOTIFY: https://open.spotify.com/artist/0bF8tH9EUvDG5BPIlsTSlB

 

SVINIARSKI FB: https://www.facebook.com/sviniarski

 

SVINIARSKI YT: https://www.youtube.com/channel/UCRgIzIQNOAW0721coaKvVTg

 

SEBOL BEJSBOL FB: https://www.facebook.com/SEBOLBEJSBOL

 

SEBOL BEJSBOL IG: https://www.instagram.com/sebolbejsbol/

 

SEBOL BEJSBOL SPOTIFY: https://open.spotify.com/artist/5yO6hcmki3Qe77QM7FCEKq

 

ARTIFICIALICE FB: https://www.facebook.com/artificialice.official

 

ARTFICIALICE IG: https://www.instagram.com/artificialice.official/

 

ARTIFICIALICE SPOTIFY: https://open.spotify.com/artist/3a55BXUPgSH84C0R58DHGY

 

IMMORTAL ONION FB: https://www.facebook.com/ImmortalOnion

 

IMMORTAL ONION IG: https://www.instagram.com/immortalonion/

 

IMMORTAL ONION SPOTIFY: https://open.spotify.com/artist/4CwsKWauDN6Dt84QVNnfGz

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

[1] Określenie wykorzystane na albumie Próżni, oznaczające w japońskim dokładnie to, co tytuł tegoż wydawnictwa – „Najprawdopodobniej”. Jest to o tyle ciekawsze, ze „高い” jest jednocześnie przymiotnikiem oznaczającym „wysoki/wysoka/wysokie”, a wydany w 2021 r. singiel nosi tytuł „Wysoko” (chcąc być interjęzykowym purystą można byłoby czepiać się tej teorii, jako że forma przysłówkowa brzmi: „高く”, ale who cares :)).

“Dobrze”, czyli właściwie jak?

 

Inspiracja, jedna z wielu: “Catching the Big Fish. Meditation, Consciousness and Creativity” – D. Lynch

 

Nie wiem, czy podzielacie tę opinię, ale zawsze uważałam, że wszystkie dziedziny sztuki są niczym naczynia połączone. Być może nie widać tego po przysłowiowych okładkach, jednak wnikliwy obserwator z łatwością dostrzeże analogie, dotyczące, chociażby, rozwoju procesu twórczego. Aby omówić głębiej ten temat, wyróżnię roboczo cztery kategorie:

 

  1. “Świeżaczki” – czyli ci, którzy dopiero zaczynają, pełni entuzjazmu i zapału, ale z wątłym warsztatem. Często zaczynają od coverów.
  2. “Ej, popatrz, mamy już styl” – nasze “Świeżaczki” dotarły do drugiej bazy. Rozwinęły swoje umiejętności na tyle, by zaczął się (niespiesznie) formować ich indywidualny charakter twórczy.
  3. “Konkretni, wyraziści” – na tym etapie wiedzą już, czego chcą. Szala przechyla się coraz mocniej w stronę wiedzy eksperckiej. Duże zasoby warsztatowe, często właśnie wtedy odnoszą jakiś większy (lub mniejszy, ale nie życzę) sukces.
  4. “Niegatunkowalni”, tudzież “Sami jesteśmy sobie gatunkiem, handluj z tym” – wyjadacze. Posługują się warsztatem z uwzględnieniem najdrobniejszych subtelności. Twórczość często wyraża ich lepiej, niż słowo (o ile nie są to, oczywiście, pisarze, choć polemizowałabym i z tym twierdzeniem). Posiada grawitację/magnetyzm (ale Mesmer[1] idź do domu)/aurę (do wyboru, do koloru), która wali autentycznością po oczach niczym długie światła kierowcy z naprzeciwka w cichą, ciemną noc. Jest niemal niemożliwym podrobienie czegoś takiego; no chyba, że osiągnie się podobny poziom WW — warsztatu i wrażliwości (trudne + współzależne).

 

Osobiście postrzegam te kategorie jako swoiste fazy rozwoju twórczego. Nie zawsze są one chronologiczne. Nie każdy przechodzi wszystkie. Z pewnością można uprawiać parkour pomiędzy poszczególnymi etapami. Zazwyczaj jednak najpierw kopiujemy celem doskonalenia warsztatu. Nie musi to wcale być twórczość innych artystów; równie dobrze można odtwarzać rzeczywistość w jakimkolwiek jej aspekcie. Dzięki nabywaniu kompetencji w przekazywaniu komunikatów przy pomocy środków wyrazu odmiennych niż znane dotychczas, stopniowo przychodzą do głowy własne pomysły, początkowo będące zwykle pod znacznym wpływem innych twórców, czy samego życia. Widać to bardzo ładnie na przykładzie “dojrzewania” tekstów. Te pierwsze zawierać będą treści zbliżone do większości, tj. obyczajowe. Z biegiem czasu (= rozwojem WW) mają tendencje do zwiększania poziomu abstrakcji poruszanej tematyki i środków wyrazu; częściej niż konkretnych wydarzeń dotykając idei, czyniąc tym samym twórczość mniej oczywistą.

Muzyka, będąc jednym z języków artystycznego wyrazu, także podlega temu procesowi. Bardziej wprawiony warsztatowo artysta posługuje się nią jak językiem ojczystym, kreując wrażenia zgodne ze swoim zamysłem, precyzyjnie niczym pociągnięciami pędzla malując muzyczny krajobraz przed oczyma słuchacza. Niektórzy wybierają drogę bardziej zbliżoną impresjonistom, jako cel stawiając sobie oddanie chwili; inni wolą hiperrealizm; kolejni obiorą drogę na tyle abstrakcyjną, na ile pozwoli im własny mózg. Są też i tacy szaleńcy, którzy wszystkiego pragną spróbować — im, z pewnością, doskonalenie warsztatu zajmie dłużej, ale rezultaty… cóż, bywa, że te wyprostują zwoje, wyrwą z kaloszków i nie pozwolą spać w nocy. W najlepszym sensie.

Czymże więc jest tytułowe “dobrze”? Na to pytanie, drogi Czytelniku, musisz już odpowiedzieć sobie sam. Jedno jest pewne — im autor bliższy, bardziej “oddany” swej idei (nawet, gdy zajdzie potrzeba przemiany jej w toku tworzenia dzieła), im precyzyjniej umiejętności pozwalają mu wydobyć ów zamysł z czeluści własnego umysłu, tym wrażenia głębsze, wyrazistsze, bardziej rzeczywiste. Cierpliwości!

 

Martyna

[1] Służę wyjaśnieniem dla dociekliwych: https://journals.pan.pl/dlibra/publication/122698/edition/106964/content [“Krótkie wprowadzenie do mesmeryzmu”, s.164]

Wysoce subiektywny mini-przegląd 1

Do nowych* zespołów podchodzę zwykle jak pies do jeża. Nie z obawy przed dostaniem z kolca, raczej w drugą stronę – obawiam się, że jeśli tego jeża za mocno przycisnę, to wypłyną mu oczy, albo w najlepszym wypadku ucieknie. Jest jeszcze jeden powód: młode jeże mają to do siebie, że trudno  im przetrwać kilka pierwszych miesięcy. A jeśli człowiek zdąży się nimi rozentuzjazmować, to jest trochę tak, jakby odszedł ukochany chomik. Mój na przykład skoczył z siódmego piętra bez spadochronu – znam ten stan.

 

Czy to jakkolwiek powstrzymuje mnie przed inwestowaniem rozmaitych zasobów w muzyczne nowinki? Otóż absolutnie nie. Czy to trochę masochizm? Być może, ale zdecydowanie warty świeczki. Obserwowanie takich świeżynek w procesie ewolucji przejmowania muzycznego tronu jest trochę jak uczestniczenie w rozwoju własnych dzieci (ludzkich, tudzież futerkowych). Potrafi przyprawić o całe stado siwizny na głowie, ale satysfakcja gwarantowana. Poza tym – kto inny niż oni zastąpi współczesne legendy?

 

Przesłuchuję sobie ostatnio dokonania rodzimych młodzików i czuję, jak wszelka siwizna dokonuje odwrotu. Dumnie wypinam pierś do przodu. Momentami nie dowierzam własnym uszom i oczom, że to nie jakiś zagraniczny gigant o ugruntowanej pozycji na rynku, a nasza polska produkcja. Taki profesjonalizm mimo zaledwie kilku lat istnienia? Wow. Część nawet nawraca mnie na drogę docenienia ojczysto-języcznych tekstów. Choć, jak pisał klasyk, Polacy nie gęsi, to nasza mowa jest dość niewygodna w użytkowaniu muzycznym. Czapki z głów dla śmiałków podejmujących się tego wyzwania.

Alt Age, fotografia autorstwa Kevina Majchrzaka pochodzi z oficjalnego FB zespołu

Zapoznając się na przykład z twórczością Alt Age, moim pierwszym wrażeniem było – proszę oszczędzić mnie za to porównanie – „O rany, laska ma głos jak mix starej Dody (tu: https://www.youtube.com/watch?v=5UUIGPFtDy4) i Ewy Farnej! (np. tu: https://www.youtube.com/watch?v=nxKwuzU50Eo)”. Tym, co mój mózg chciał przez to przekazać, to mocny, głęboki, damski wokal. Ktoś tu wie, gdzie leży przepona. Ale! Teksty, proszę Państwa. Teksty są po polsku. Osobiście preferuję te o dłuższej dacie przydatności do spożycia (czyt. niedawne), ale zestawienie ich ze starszymi, choć nie dzieli ich szmat czasu, pięknie pokazuje proces dojrzewania pewnych przemyśleń. Pani wokalistka robi też świetne covery, wśród których znalazła się nawet pewna japońska perełka z anime Nana (w oryginale wykonywana przez Annę Tsuchiyę). Służę linkiem do coveru: https://www.youtube.com/watch?v=Qyo4BkgaO6o.

(Równie godni uwagi Panowie muzykanci muszą mi dziś wybaczyć nietakt pominięcia w opisie. Tak to jest, jak się ma przyciągającą uwagę kobietę w składzie. Jeszcze się policzymy).

 1965, zdjęcie z oficjalnego FB zespołu

Choć nie bardzo można określić ich jako nowy zespół, jako że powstali gdzieś w okolicach 2015 r. i mają na koncie już dwa wydawnictwa, Panowie z 1965 zasługują na zdecydowanie większą uwagę publiczności. Grają naprawdę mięsistego rock’n’rolla. Piszą, że inspirowali ich Motley Crue, Monster Magnet, Velvet Revolver i Alice in Chains. Gdy dodacie do tej mieszanki garść space rocka, wyłonią się oni – „sugar, spice, and everything nice”. Jeśli jesteście za pan brat z klimatami obowiązującymi na pleszewskim Red Smoke Festival czy krakowskim Soulstone Gathering, twórczość 1965 z dużym prawdopodobieństwem wpadnie wam w ucho i rozgości się tam wygodnie na dłużej. Ich drugi album, Panther (https://1965official.bandcamp.com/album/panther – polecam na BandCampie; lepsza jakość), jest niczym wycieczka do (albo wraz z) Palm Desert w okularach przeciwsłonecznych rodem z lat 90. i lateksowych legginsach w panterkę. Słuchając natomiast Too young to die z ich pierwszego wydawnictwa High Time (https://1965official.bandcamp.com/album/high-time), ulegałam wrażeniu wciągnięcia do maszyny wskrzeszającej stary, dobry, wielkoczwórkowy grunge – przeciągnięte sylaby i chórki niczym z albumu Above od Mad Season rozdzielające mocniejsze zwrotki. To co, z kim widzę się na piątkowym koncercie w warszawskich 2Kołach?

Error Label – foto z oficjalnego FB zespołu

Będąc po uszy w rock’n’rollu – znacie Error Label? Weźcie Panterę, starą Metallicę (jak np. ta z czasów Load), kawałek Led Zeppelin i wrzućcie to, wstrząśnięte, nie zmieszane, do gara, doprawiając lekkością i szczyptą southernu. Mniam. Dodatkowo Panowie robią rzeczy tak dopracowane, jakby siedzieli w tym biznesie od 20 lat, swobodnie przy tym czerpiąc z zasobów okolicznych gatunków. Pod wpływem głosu wokalisty można nawet zacząć podejrzewać, że to jakiś tajny projekt Phila Anselmo, który dopiero teraz ujrzał światło dzienne, albo co najmniej jego (sporo) młodszy brat. Sztos, chcę więcej! PS: Chicks definitely do dig it. Można ich znaleźć tu: https://errorlabel.bandcamp.com/releases, lub tu: https://open.spotify.com/artist/61AGIX3jTK63IAECmVwhxX?si=GcJhMjDNSrS-FLgPE7MhFg.

 

Przemożnym optymizmem napawa fakt, że przedstawione wyżej perełki to krople w morzu. Nie tracąc zatem czasu na zbędne podsumowania, oddelegowuję się celem dalszego zgłębiania przestworzy muzycznych oceanów. Do napisania!

Martyna

 * Nowych = zarówno nowo-powstałych, jak i tych, które są dopiero w trakcie zjednywania sobie przychylności słuchaczy = nie starych, nieposiadających dużego dorobku muzycznego. Termin używany jest w tekście raczej swobodnie.

Wysoce subiektywny mini-przegląd 2

 

Nadszedł czas. Oto w dzisiejszym dekrecie, poza swą niewątpliwie (i uporczywie) subiektywną opinią, zamierzam wyjawić jedno ze ściśle tajnych kryteriów doboru przedstawianych w mini-przeglądach zespołów. „Ciemno wszędzie, głucho wszędzie, Co to będzie, co to będzie?”[1]

Części tej zawiłej machiny jest kilka. Prócz mojego niesamowicie skutecznego, autorskiego przepisu na artystyczną sławę (przed użyciem skonsultuj się z lekarzem lub farmaceutą…), który to przedstawiłam w poprzedzającym felietonie, istnieje jeszcze coś takiego, jak rozróżnienie składowych dzieła na elementy odbiorcy znane i (jeszcze) nieznane. I to akurat ma pewne pokrycie w naukowej rzeczywistości.

Nie będę się za bardzo wgłębiać w szczegóły funkcjonowania ludzkiego mózgu, choć o tym mogłabym pisać osobną kolumnę (dociekliwych zapraszam do ewentualnych dyskusji prywatnie). Skądinąd wiadomo jednak, że ludzie potrzebują odpowiednich dla siebie proporcji elementów znanych i nieznanych, aby zwiększała się przyjemność odczuwana podczas wykonywania danej aktywności rozrywkowej (ale nie tylko!) – tutaj: słuchania muzyki. Czyli co, robiąc kawałek, trzeba wziąć sobie solówkę od Black Sabbath albo Iron Maiden, wokalistę z głosem jak Robert Plant czy Eddie Vedder, a sekcja rytmiczna niech sobie będzie kreatywna? No, nie do końca.

Człowieki mają to do siebie, że z natury nie są jakoś szczególnie oryginalne. Naprawdę. Wszystko, co robimy, to połączenie tego, z czym się już spotkaliśmy – realnie lub w formie abstrakcyjnej. A mama mówiła, nie oglądaj horrorów, bo zostaniesz seryjnym mordercą… (to nie takie proste). Ale! To właśnie połączenie może dostarczyć na tyle nowych elementów, że wszystkie szczęki w promieniu kilometra spadną na podłogę, jakby ktoś poprzecinał więzadła mięśni żwaczy (ups…).

No dobra, ale po czym to poznać? Trudno odpowiedzieć na takie pytanie jednoznacznie. Każdy ma inne muzyczne doświadczenia, więc „znane” jest różne w zależności od osoby. To samo z „nieznanym”. Dołóżmy jeszcze fakt, że każdy będzie preferował inne proporcje „znanego” i „nieznanego”… Cóż, to skomplikowane.

Ciekawie jednak obserwuje się to na podstawie poziomu zaabsorbowania słuchacza. Taki, któremu trafi się w gust, zacznie się bujać, tupać nóżką, kiwać główką, albo, w odpowiednich okolicznościach (miejmy nadzieję), rozentuzjazmowany wpadnie w mosh pit, a po wszystkim uda się zastąpić przepoconą koszulkę nowiusieńką, merchową. Tak właśnie widzę fanów na koncercie pierwszego z zespołów, które chciałabym dziś przybliżyć.

 

Bad Impression, fotografia z FB zespołu

 

Bad Impression – “Bad Attitude” – o, jak to buja! Środek ciężkości gdzieś miedzy rock’n’rollowym bluesem a southernem. Mocny, szorstki wokal, solóweczki chwytliwe, basik taki, jak lubię – wyrazisty i niezależny (+ czy me piękne uszy słyszą slap?), choć nadal zharmonizowany, perkusja miarowo, acz zdecydowanie wytacza muzyczne działa. Na wszystko mamy odpowiednio dużo miejsca do wybrzmienia, ale nie wieje pustką, a dokładając do całości zmiany tempa mamy dynamikę i siłę ciążenia “Walk” Pantery. Oczyma wyobraźni widzę te pogujące pod sceną tłumy. (I mają cowbell!) Mini minus za chwiejące się momentami wokale, ale przy takim poziomie zaangażowania to absolutnie wybaczalne.

Linki:

https://badimpression.bandcamp.com/

https://www.youtube.com/channel/UCS6IQLOdRiXKYfnPdSqvR-g

https://www.facebook.com/badimpressionband

https://www.instagram.com/badimpressionband/

 

Czasami jednak bywa tak, że z rozmaitych przyczyn potrzebujemy poczuć się niczym otuleni ciepłym kocykiem, siedząc przed kominkiem, dzierżąc w dłoni kubeczek z kakałkiem (choć skłaniałabym się raczej ku jakiemuś skuteczniejszemu trunkowi). Chcecie? Macie!

Logo Cellar Pillow z FB (nie mają niestety zdjęć, ale mają za to bardzo ładne obrazki!)

 

Cellar Pillow – słuchałam (późnym dla śmiertelników) wieczorem i sądzę, że jest to pora idealna na tego typu refleksyjne granie (proszę nie mylić z „nużące”, tudzież „ciągnące niczym porządna krówka”; refleksje miewać można dynamiczne, czyż nie?). Od muzycznych wstążeczek gęsto tu jak w amazońskiej dżungli, ale nie odczujecie ciężaru – wręcz przeciwnie, to zagmatwanie ma wagę (kilograma 😉 pierza. Z jednej strony kawałki z gitarowym dyskursem (“Elephant and Bumblebee”), z drugiej elektroniczno-oniryczne (“Pocketsize Waterfall” Dead Can Dance spotyka Kraftwerk, ale z przewagą pierwszego). “Among the Trees a Figure of Light” – wschód słońca! (słonia? (:) Ale taki miły, latem, nad jeziorem, wyczekany, nie musicie iść do pracy, pełen chill…

 

Linki:

https://cellarpillow.bandcamp.com/

https://www.youtube.com/channel/UCN1oHpjNNS-c5hSJzTy_gxg

https://www.facebook.com/cellar.pillow/

 

Są też tacy, co zwyczajnie lubią komplikować sobie życie (hm, brzmi znajomo). Rozmyślać na poważne, życiowe (albo i nie) tematy, ba, wręcz o nich dyskutować, jeśli znajdzie się śmiałek podejmujący temat. Dyskutować można różnie – ze znajomymi, mamą, kotem. Można do lustra, z książkami, albo wewnętrznie – klasyczny filmowy motyw aniołka i diabełka namawiającego bohatera do dwóch przeciwstawnych opcji. Trochę niepokojącym jest rozmawianie np. z podłogą albo gołębiem zza szyby, ale są przecież na tym świecie rzeczy, które nie śniły się podobno nawet fizjologom. Dyskutować można i muzycznie – wtedy grono odbiorców jest szerokie, choć niekoniecznie jakoś bardzo responsywne. Dodając do tego lekką prowokację, mocarny, damski wokal i ciekawe zagrywki, macie przepis na kolejnych bohaterów dzisiejszego odcinka.

Dead Saint’s Bitch, fotografia z FB zespołu autorstwa Aliny Żemojdzin

 

Dead Saint’s Bitch – bardzo obiecujący materiał, głos wokalistki jest tak mocny, jakby napiła się z kociołka Panoramixa (Jinjer i Arch Enemy przychodzą mi do głowy wprost automatycznie), muzykalia ciekawe; niestandardowe połączenia, szczególnie pod względem tonacji bywa mocno nieszablonowo. Również koncept zespołu trafia mi w gust jako lekko cyniczny i (już bardziej) kontrowersyjny, dotykający kwestii społecznych problemów. Jedyne osobiste zastrzeżenie leży w tym, że niekiedy dzielą mi się na 3 warstwy: wokal, gitary i perkusję, ale nie wykluczam celowości tego zabiegu.

 

Linki:

https://deadsaintsbitch.bandcamp.com/

https://www.youtube.com/channel/UCzibQvmLul47-dVFW0r28og

https://www.facebook.com/DeadSaintsGdansk

 

Skoro to wszystko od wszystkiego zależy, to co właściwie miałam konkretnie na myśli z tym kryterium? Och, żebym to ja sama wiedziała.

 

Martyna

 

[1] To z „Dziadów” cz. II Mickiewicza.