Black Nazareth – „Black Nazareth”

 

Panie i Panowie, zebraliśmy się tutaj, by uczcić powstanie i omówić szczegóły debiutanckiego albumu grupy Black Nazareth, zatytułowanego, niespodzianka, „Black Nazareth”. Nazwa to w istocie doskonała i oddająca obszar atmosferyczny, w którym porusza się zespół. Pochodzi od pieszczotliwego określenia, którym mieszkańcy i wtajemniczeni posługują się w stosunku do niderlandzkiego miasteczka Schiedam. Niemniej ważną jest jego historia, którą Panowie opisują pokrótce następująco (w moim wolnym tłumaczeniu):

 

„Usytuowane na zachodzie Holandii, w obszarze metropolitalnym Rotterdamu, na południe od Delft miasto znane jest z zabytkowego centrum poprzecinanego kanałami, najwyższych na świecie wiatraków oraz licznych destylarni ginu i słodowni. Równie znane jest z produkcji jeneveru (ginu) – do tego stopnia, ze we francuskim i angielskim słowo schiedam (zwykle pisane małą literą) odwołuje się do holenderskiego ginu produkowanego w miasteczku. W okresie wczesnej Rewolucji Przemysłowej na przełomie XVIII i XIX wieku produkcja rzeczonego alkoholu była główną dziedziną ówczesnych fabryk. Temu mrocznemu okresowi zawdzięcza Schiedam swój poprzedni przydomek, ‘Zwart Nazareth’, czyli ‘Black Nazareth’. Pochodzenie tego określenia pozostaje tajemnica, jednak wedle legendy porzucone przez boga miasto zwane było tak przez swój poczerniały od węgla, pełen pijanych alkoholowymi oparami mieszkańców pejzaż. ‘Co dobrego może być z Nazaretu?’ (Jan, 1:46)”

 Black Nazareth, fotografia wykonana przez Marka Engelena dzięki uprzejmości zespołu

 

Nie wiem, jak wam, ale skojarzyło mi się z Peaky Blinders. Szybko i mocno. Lokalizacja co prawda mocno naciągana, ale opis niemniej w punkt, spójrzcie zresztą na fotografie z wizerunkami członków zespołu! (Ok, może jednego z nich w szczególności. Widzicie to?). W dodatku naprawdę mają swoją markę jeneveru (holenderskiego ginu; napotkałam też pisownie genever) — Black Nazareth No. 3, produkowanego oczywiście w destylarniach Schiedam. How cool is that!

 

Przejdźmy (w końcu) do warstwy muzycznej. Album, a właściwie minialbum zawierający 8 utworów, ujrzał światło dzienne (albo raczej światłowodowe, bo to podobno na razie digital) 8 lipca bieżącego roku za pośrednictwem wytwórni WormHoleDeath. Na pierwsze wrażenie miałam trochę wehikuł czasu do muzyki alternatywnej z końca lat 90., ewentualnie początku ery świetności pop-punku, ale to drugie tylko momentami (np. riff w przygrywce i refren „Heroes”, wstęp „Ride”). Pierwsze natomiast objawia się jak na moje ucho mocno grunge’owymi/southernowymi wpływami, które przewijały się z różnym natężeniem przez większość albumu — tonacje, wokale, tempa, mnóstwo tego. Nie zliczę, ile razy przy gitarowych solówkach, riffach właściwie też, i harmonicznych wokalach (plus ten krzyk na początku solówki!), (wybitnie w „Waiting for Tomorrow”) objawił mi się przed uszami Jerry Cantrell, czasami wręcz z całą ekipą AiC za czasów Layne’a (R.I.P.) i majaczącym gdzieś na horyzoncie Markiem Laneganem (wokalnie, oczywiście). Phil Anselmo machał chorągiewką zza widnokręgu. Słychać też wyraźne wpływy progresywne. „Thrive” z nieoczywistych (jeszcze) przyczyn prowadzi moją sieć skojarzeń w stronę tych znanych szerszej publice utworów Metalliki — może to tonacja, może rytm, a może to Maybelline (musiałam). Całość oscyluje w granicach raczej szeroko pojętego, wysokoenergetycznego rocka, może hard-rocka, z domieszką metalu.

 

Największym zaskoczeniem na tym albumie, po całej historii i klimacie, w jaki wpisuje się Black Nazareth, była ballada „Drops of Sorrow”, stanowiąca prawdopodobnie emocjonalne apogeum ich imiennego wydawnictwa. Opowiada o bólu związanym z utratą bliskiej osoby i czuć to od deski do deski. Prawdopodobnie byłoby wyczuwalnie nawet bez tekstu. Fantastyczny dowód na wszechstronność umiejętności muzycznych Panów z tego składu.

 

Całość jest nagrana niezwykle profesjonalnie i słychać to od razu, niezależnie od nośnika. Miks i mastering umożliwiają swobodne usłyszenie tekstu, wokalu i każdego instrumentu osobno, nie stwarzając przy tym efektu sztuczności i bez uszczerbku na całości. Wokalista głos ma iście mocarny, bardzo wielowymiarowy, który coś mi przypominał — rozwiązanie zagadki wkrótce (dla niecierpliwych — poniżej). Właściwie po każdym instrumencie od razu słychać, że obsługiwany jest przez profesjonalnego, świadomego posiadanych narzędzi muzyka, zdolnego do wydobycia precyzyjnie swojej dźwiękowej wizji. Jestem bardzo ciekawa, jak brzmi to wszystko na żywo. Intryguje mnie również, bo brak w stałym składzie perkusisty, kto dogrywał bębny (bo na digitale nie brzmią w zupełności) i czy była to jedna osoba (styl się zgadza na całej rozciągłości albumu, strzelam w: tak). Doszukałam się na stronie zespołu informacji, że w przypadku „Rivers Run Deep” był to Ernst van Ee (Helloïse, Highway Chile, uprzednio Threnody).

Okładka imiennej płyty Black Nazareth, dzięki uprzejmości zespołu

 

Podsumowując: jest radiowo, pod nóżkę, ale jednocześnie nie jest to miałki pop, a hard rock z elementami grunge’u, pop-punku czy nawet gotyckich ornamentów, zmianami tempa i pełnym charakteru wokalem. Teksty kolektywnie (ważne zjawiska i problemy społeczne) lub indywidualnie (tu za szeroko, żeby uściślać w recenzji) introspektywne. Dla mnie ogółem trochę za duża częstotliwość sprawdzonych, skutecznych frazesów — muzycznie i lirycznie brakuje mi plot twistów, choć z pewnością jest to ta lepsza droga do komercyjnego sukcesu. Do tańca lub jako easy listening — świetne; jeśli ktoś ma jednak duże skłonności do łamania sobie głowy (i rytmu), albo, co gorsza, ciągnie go do eksperymentalnego jazzu w miksie z metalem, przesłucha z uwagą… lekko wędrującą (oczywiście mówię bardzo specyficznie o swoim doświadczeniu :)).

 

Teraz, gdy formalności recenzyjne mamy już z głowy, mogę przejść do prezentacji szczegółów personalnych (a.k.a. wisienki na torcie). Skład ten jest w istocie holenderską supergrupą, zrzeszającą muzyków-weteranów, znanych z takich formacji, jak Textures (Daniël de Jongh, wokalista; polecam Textures, jeśli nie znacie, świetny band, niestety nieistniejący od bodajże 2017 roku), Menno Gootjes (Focus – 2011-2016, Moon of Sorrow, Threnody, gitarzysta), Henry McIlveen (Threnody, gitara basowa) i Martijn Spierenburg (Within Temptation, instrumenty klawiszowe i programowanie). Zaskoczenie czy totalny brak?

 

Martyna

 

 Linki:

 

Strona Black Nazareth (tak, można kupić ten gin): https://blacknazareth.com/

 

FB: https://www.facebook.com/blacknazarethofficial/

 

IG: https://www.instagram.com/blacknazarethofficial/

 

YT: https://www.youtube.com/c/BlackNazareth

 

Spotify: https://open.spotify.com/artist/1vVfWIpWbeqKdZf0TAcw0t

 

 

:Bolverk: – „Uaar”[1]

 

(Disclaimer: Mam wrażenie, że ten tekst czerpie garściami z formy rozprawki. Powodowane jest to prawdopodobnie spójnością tego albumu, który odbieram jako nierozłączną całość — i tak też zostanie opisany. Enjoy.)

 :Bolverk:, grafika dzięki uprzejmości zespołu

 

Zwykle mam obiekcje do gatunków, w których wokale opierają się wyłącznie na growlu (choć nie wiem, czy w większości przypadków można to nazwać growlem, czy raczej przeciętnym i niezrozumiałym krzyczeniem do mikrofonu, powodującym w słuchaczu wysokie poczucie dyskomfortu z powodów innych niż pierwotnie zamierzone). Powoduje to dość monotonny odbiór, przez co trzeba zwracać baczną uwagę na każdą produkowaną przez wokalist(k)ę nutę. Mój mózg przy wspomnianych nawiasem kwiatkach wokal w pewnym momencie wręcz odfiltrowuje — skoro nie rozumiem tekstu, a krzyczany nie wnosi żadnej melodyki, to poza wrażeniem względnej ciężkości jest właściwie zbędny (można tu polemizować, czy aby na pewno chodzi o ciężkość muzyki, czy też o ciężkość wydobycia tychże dźwięków z trzewi wokalisty/tki), jest właściwie zbędny. Tutaj mamy zaskoczenie nr 1: wokale trzymają się naprawdę dobrze technicznie, teksty są zrozumiałe — pod warunkiem odsłuchiwania przy pomocy sprzętu o szerokim zakresie częstotliwości i zwyczajnie dobrej jakości. Przeciętne słuchawki wymiękną przy takim zagęszczeniu dźwięku i zrobi wam się z tego albumu wiertarkowe wirowanie.

 

Kolejnym zarzutem względem większości muzyki opiewanej jako black i/lub (częściowo) extreme metal jest zasadnicza monotonia tematyczno-emocjonalna. Religijne, mitologiczne klimaty (symbolika oczywiście czerpana z odległych krain, najlepiej w stronę cywilizacji nordyckich) są super cool, ale czerpanie inspiracji z szeroko pojętej przeszłości lub twórczości innych artystów w znaczeniu pewnej ramy pojęciowo-symbolicznej ma niestety to do siebie, że szybko wyczerpuje ów zakres i zwyczajnie się przejada. :Bolverk: również czerpie z tej tematyki — nazwa zespołu to wielokrotnie wykorzystywane w popkulturze (chociażby Devil May Cry) wcielenie/przebranie Odyna (jest to różnie określane w zależności od źródła — tak, sprawdzałam), które przyjął, by móc incognito śmigać między ludźmi. Oznacza „czyniciela zła” (sformułowanie tłumaczenia inspirowane bardzo śmiesznym i głupim filmem o prehistorycznych plemionach) i idealnie pasuje do ich muzycznego materiału. Plus za szerzenie swojej kultury, minus za brak oryginalności. Nie oznacza to, że w ogóle brak na tym polu kreatywności, lecz jak dla mnie jest on niewystarczający.

 

Muzycznie sami świetnie się opisali, twierdząc, że chcą osiągnąć „melodyjność Solstafira z jednej i brutalność Marduka z drugiej strony”. Choć nie dzieliłabym tego na strony, a bardziej strofy — ich muzykę charakteryzuje właściwe tym bardziej emocjonalnym podgatunkom black metalu (chociaż to zabieg stosowany często i w metalcore’ach) przeplatające się fragmenty przypominające tempem karabin maszynowy oraz melodyjne, względnie spokojniejsze. Należy zauważyć, iż muzycznie są jednak o wiele bardziej oryginalni niż wskazywałaby na to tematyka, szczególnie wnosząc po tych bardziej melodyjnych fragmentach typuje kierunki wpływów takie, jak klasyczny, czerpiący nawet nieco z barokowej klasyki heavy metal (Iron Maiden), czy też idący w stronę szybszych brzmień (Motörhead). Niemniej wyraźne są też przewijające się przez cale wydawnictwo elementy progresywne, za co ode mnie gigantyczny plus — ogarniecie skoków tempa przy takich tempach dla większości śmiertelników stanowi nie lada wyzwanie. „Bride of Christ”, czyli mój faworyt z albumu, szczególnie wyróżnia się jako jeden z (początkowo) spokojniejszych utworów, przywodząc trochę na myśl stare, rockowe bandy. Zwróćcie szczególną uwagę na linię basu!

Okładka płyty „Uaar” – dzięki uprzejmości zespołu

 

Kontynuując wątek instrumentalny, przekierujmy uwagę na partnerkę basu w sekcji rytmicznej — perkusję. :Bolverk: prezentuje wysoki poziom muzycznego rzemiosła, udowadniając to zarówno w tempach szybkich, jak i wolnych, ale przede wszystkim małymi rytmicznymi fikołkami, w których — jak zawsze — bębny i bas stanowią podstawę, element referencyjno-korygujący dla reszty. Sekcja rytmiczna, postrzegana jako swoisty odnośnik, jest zatem niezbędna do prawidłowego przeprowadzenia tych operacji. Podoba mi się też użycie talerzy, które dopełniają całości, zamiast ją zagłuszać, jak to się (niestety) często zdarza. Ta świetna równowaga między instrumentaliami sprawia, że :Bolverk: zdecydowanie zasługują w tej materii na szczególną pochwałę. Kolejna leci w stronę partii gitarowych, szczególnie tych nieakordowych, szczególnie w „Time for Chaos” o wysokim poziomie finezji i powinowactwie do poziomu skomplikowania niektórych utworów klasycznych kompozytorów.

 

Podsumowując, „Death to the Whore” przeraziło mnie nie na żarty — spodziewałam się czegoś zupełnie innego. Całe szczęście, że zignorowałam pierwsze wrażenie i dałam temu albumowi szansę — choćby dlatego, że jest naprawdę dobry technicznie. Jeśli więc przepadasz za szybkim, dość agresywnym, miejscami melodyjnym graniem o wyraźnym nordyckim podtekście — :Bolverk: jest dla ciebie. Jeśli jednak (jesteś mną i) od słuchanego materiału wymagasz spełnienia przynajmniej jednego z dwóch postulatów — znacznej oryginalności całości (z tekstem włącznie) lub melodyjności tak urokliwej, że chodzą stopki, główki i różne takie — możesz jak najbardziej przesłuchać „Uaar” w celach turystyczno-krajoznawczych albo w celu docenienia dobrego rzemieślnictwa muzycznego, ale nie spodziewaj się w efekcie fajerwerków.

 

 Martyna

 

Linki:

 

https://www.facebook.com/BolverkBandNorway/

 

https://open.spotify.com/artist/5jjg5W9qe2O4HbInBxiPnM

 

 

 

[1] Tytuł albumu oznacza „zły rok” w staronorweskim. Data wydania: 27.05.2022; Wormholedeath.

Blind Salvation  „Eyes of Nebulas”

W przypadku Blind Salvation zaistniała dość ciekawa sytuacja. Mianowicie, zanim przystąpiłem do pisania recenzji debiutanckiego albumu zespołu, zatytułowanego “Eyes of Nebulas”, miałem okazję przekonać się, jak szczecińscy muzycy prezentują się na żywo. Moje wrażenia z koncertu możecie przeczytać w relacji pod tym linkiem…

https://radio-elitacafe.pl/newsy/?fbclid=IwAR1cibCLzC5AwgMRcy0q3-l6mKspx0A41mmBp3rvjgHZz2PYuTMVp9KNylU

…a tymczasem ja mogę skoncentrować się w pełni na tym, co zespół oferuje studyjnie. Powiadają, że najlepszą możliwą wizytówką zespołu jest właśnie występ na żywo – pokierowany tym, co usłyszałem i zobaczyłem na tamtym koncercie, zabrałem się za “Eyes of Nebulas”.

Nie muszę chyba tłumaczyć, że moje wrażenia dość mocno się od siebie różniły. Natomiast mogę spokojnie powiedzieć, że w wersji studyjnej zespół nic nie traci. Jego debiut to materiał po brzegi wypełniony soczystym, wymagającym death metalem, stanowiącym swego rodzaju popis możliwości muzyków. Przypuszczam, że pojęcia “siermięga” czy też “toporność” są zespołowi całkiem obce, gdyż na albumie nie znajdzie się nawet śladowych ilości tychże. Dźwięki uderzające w nas po zakończeniu początkowego intra stworzone zostały w myśl słów “Byleby jak najszybciej i jak najbrutalniej”.

Czy to oznacza, że zespół po prostu gra przed siebie na złamanie karku, nie bacząc na to, czy ich twórczość zostanie obdarzona jakimikolwiek treściami? Skądże. Owszem, choć całość trwa niecałe pięćdziesiąt minut (a to i tak jest całkiem sporo, patrząc na obecne standardy), to jej zawartością dałoby się zapełnić materiał znacznie dłuższy, niemniej nie zlewa się to wszystko w miałką papkę bez jakiegokolwiek wyrazu (między innymi także dzięki wyraźnie podkreślonym przerwom między kompozycjami, inaczej byłoby już nieco trudniej). A trzeba przyznać, że granica była cienka – tak więc albumem powinni być usatysfakcjonowani także ci, którzy liczą na coś więcej niż wyjątkowo szybką, agresywną nawalankę.

Pod tym względem najbardziej ratują album melodie. Tak, to słowo nie znalazło się tutaj przypadkowo. Album zaskakuje ilością melodii, czyniących go jeszcze bardziej rozmaitym. Wystarczy posłuchać riffów w “Logical Translation”, czy też w “The Illusion of God”, taki “Ineffective Prayer” również nie odstaje. Melodie jednocześnie nie odciążają albumu, ale za to zmuszają odbiorcę do wytężenia słuchu, skupienia się i nadążenia za tym, co właśnie atakuje jego narządy słuchowe. A nadążyć momentami jest ciężko. Rzeczywiście, jest w tym też nieco grania technicznego – nie mechanicznego; rzemieślniczego, ale za to z duszą.

https://www.youtube.com/watch?v=dMFR3t2PIp4

Ciekawie wygląda sprawa z solówkami, gdyż na cały materiał jest ich właściwie niewiele, i stanowią raczej tło, dekorację. Z jednym wyjątkiem, wieńczącym utwór “Mycelium of Conciousness”. Tam solo to płynne przejście z siarczystego death metalu w piękną, przestrzenną pustkę dźwiękową – i dzięki temu końcówka “Mycelium of Conciousness” to mój ulubiony fragment całego albumu. Podobny patent zespół zastosował na samym końcu płyty (utwór tytułowy), i lepiej jej chyba skończyć nie mógł. Wracając: cóż, z jednej strony brak większej liczby solówek może być pewnym zaskoczeniem, przynajmniej w kontekście ogólnej twórczości zespołu. Z drugiej strony, nie są one czymś, bez czego album byłby niekompletny, i w obecnej ilości starczają całkowicie.

https://www.youtube.com/watch?v=pw_Tr-pAI4c

Jakby tego wszystkiego było mało, wisienkę na torcie stanowi brzmienie. Nie korzystam ze sprzętu klasy premium, a i tak teoretycznie byłbym w stanie wyłapać dosłownie każdy, pojedynczy dźwięk wypełniający debiut zespołu. Perkusja momentami zdaje się wręcz nieco przysłaniać resztę, ostre niczym skalpel riffy tną wszystko, co stanie im na drodze, a rzężący w tle klang basu tworzy istną ścianę dźwięku. Zauważyłem, że ostatnio tak sterylne i krystalicznie czyste brzmienia stają się coraz popularniejsze. Jak już niejednokrotnie wspominałem, z reguły mi one nie przeszkadzają, choć w przypadku Blind Salvation było już dość blisko przesytu.

W zasadzie jedynym elementem albumu, który nie wykazuje się większym urozmaiceniem, jest wokal. Wokal oczywiście odpowiednio brutalny i głęboki, tak jak można się było spodziewać po death metalowym growlu. Paweł “Mazak” Mazur swoim rykiem spełnia wszystkie podstawowe wytyczne gatunku, nie męcząc przy tym i słuchacza, i zapewne też siebie – nie słychać w jego partiach wymuszania, czy też szczególnej nienaturalności (co w kontekście takiej muzyki pewnie brzmi abstrakcyjnie). Mnie osobiście raczej ni ziębi, ni grzeje, ale jednocześnie nie mam się do czego przyczepić.

“Eyes of Nebulas” to album w praktyce kosmiczny, tak jak sugerować może jego oprawa graficzna. Blind Salvation osiągnęli ten efekt bez żadnych industrialnych udziwnień czy też innych elektronicznych rozwiązań. Podejście klasyczne, może i nawet nieco konserwatywne, ale mimo wszystko nie można odmówić debiutowi grupy współczesności. Współczesności bardzo agresywnej i szaleńczej. A jeśli komuś mało brutalności w tych dźwiękach, to niech się wybierze na koncert Blind Salvation, gdzie zostanie już całkiem sponiewierany – najpewniej po prostu nie będzie już czego zbierać.

Barlinecki Meloman

https://www.facebook.com/blind8salvation