Finał trasy 45-lecie KSU + Gość specjalny Sedes | 18.11.2023 Szczecin

 

Marzenia się spełniają…Nawet po niemal 35.latach.  Zabawne, że kilka miesięcy temu w drodze do pracy słuchałem sobie płyty KSU „Pod prąd” i naszła mnie myśl, iż fajnie byłoby ich spotkać w końcu na żywo. Bo przez te wszystkie lata od 1988 roku, (gdy usłyszałem i zobaczyłem w TV koncert z brawurowym wykonaniem „1944”, chyba z Jarocina), jakoś nigdy się nie złożyło. Ale, żeby nie było…Sedesu też nigdy wcześniej nie widziałem. W przeciwieństwie do Armii, Dezertera i kilku innych ikon polskiego punk rocka. Ucieszyłem się więc, jak uczniak na wieść o odwołanych lekcjach, gdy pojawiła się informacja, że 18 listopada KSU zagra w końcu w Szczecinie..Jakby nie było, kawałek drogi do nas mają. Zresztą Siczka wspomniał o tym, że i oni i my, mamy jednakowo przechlapane, bo wszędzie daleko. Ja się tak odpaliłem tym koncertem, że w piątek(!) po pracy rwałem ile sił w koniach, do Podjuch, żeby zdążyć na początek koncertu i dopchać się w miarę blisko.

 /…jednak, moim skromnym zdaniem, jeżeli ktoś ma ochotę na złapanie jak największej ilości czystych dźwięków, to jednak z tyłu sali jest lepiej. Wiadomo, że na koncert przychodzimy aby obejrzeć i wysłuchać więc, zmiana lokalizacji na miarę możliwości jest jak najbardziej wskazana. Przyp.red./.

 

Kilka minut przed 18. Dotarłem do klubu „Krzemień”. Wszedłem do środka i już mi coś nie gra…W oczy rzuca mi się merch zespołu Kobranocka. Jeszcze próbuję sam sobie tłumaczyć, może został im z wczorajszego koncertu( bo przecież Kobranocka miała grać dzień przed KSU !)..Ale przecież to bez sensu. Tym bardziej, że nie widzę nikogo w koszulinie z logo bieszczadzkiej ekipy. Patrzę jeszcze na plakat, no jest data 18 listopada…spoglądam w telefon..jest 17.listopad, piątek….Wycofuję się, niedowierzając w to, co się właśnie tu odwaliło. Nigdy do tej pory nie miałem takich sytuacji, żeby pomylić daty, chyba się starzeję..No nic, powtarzam wejście następnego dnia o niemal identycznej godzinie…i jest ok. ! Pogawędki ze znajomymi metalowcami i punkowcami( tak, tak, KSU podobnie do Motorhead, połączyło różne subkultury fanów. Zresztą sam Siczka występuje często w koszulkach klasycznych bandów heavy metalowych. Tym razem Black Sabbath”Paranoid”) Gdy weszliśmy z hollu na salę, grał już Sedes.

 

Pod sceną sporo ludzi i nawet rozkręciło się niezłe pogo. I jak to na punkowym koncercie, w pewnym momencie wywiązała się krótka pyskówka na temat formy zespołu i doboru setlisty. Niepotrzebna moim zdaniem. Cóż, ja uważam, że było w porządku, choć nie mam porównania, bo widziałem ich po raz pierwszy na żywo. I cieszyłem się na „Jesienny wiatr”, oraz swoisty hymn pokolenia „Wszyscy pokutujemy”, odśpiewane z całą salą.

 

Co do występu KSU miałem wiele oczekiwań i obaw zarazem…Czy Siczka choć na chwilę pojawi się z gitarą, czy będzie w formie, czy będą skrzypce i flet, jak to wszystko razem zabrzmi… i czy zagrają to, na co czekałem prawie 35 lat. Z pierwszymi dźwiękami ze sceny, wszelkie moje obawy się rozwiały, a chyba nawet sam Gienek nie spodziewał się tak gorącego przyjęcia. Nie pamiętam, kiedy zespół grał w Szczecinie poprzednio, ale chyba było to dość dawno. To co się działo pod sceną przypominało niemal lata 80-te, aż ochrona musiała dodatkowo podtrzymywać falujące pod naporem tłumu barierki. Dla takich chwil warto żyć.

Foto Jakub

Foto Jakub

 

Przekrój wiekowy publiczności między  – naście lat, a pięćdziesiąt plus..lecz tego wieczoru różnice pokoleniowe na dwie godziny zupełnie zanikły. I starzy i młodzi większość tekstów znali na pamięć, więc śpiewała cała sala, co wprawiło muzyków w znakomity nastrój. Interakcja z publiką zawsze wznosi koncert na wyższy poziom i uskrzydla artystów. A wtedy dzieje się magia. Tak też było i tym razem, gdy punkowo –bieszczadzki klimat zawładnął Krzemieniem..Myślę, że zespół bawił się równie dobrze, jak my pod sceną.

Co było grane ? Z ostatniej płyty pt. „44” dostaliśmy na pewno „Akordy”, „Gruz i pokrzywy”, „Rezerwat czartów”, „Mowę polską”. Ze starszych rzeczy pięknie zagrane ze skrzypcami i fletem „Rozbity dzban” oraz „Za mgłą”..Były „Moje Bieszczady”, „Kto Cię obroni Polsko”, „Awaria obrazu” „Wino za karę”, „Sztyl od kilofa”..”Ustrzyki” z niespodzianką. Nie spodziewałem się natomiast, że zagrają tyle z debiutanckiego albumu..przy „Pod prąd” zabawa pod sceną stała się jeszcze bardziej szalona. Ludzie przewracali się w wariackim pogo i natychmiast wzajemnie podnosili. Podobnie przy „Libanie”, „Pijanym gówniarzu”, „Po drugiej stronie drzwi”…oprócz tego jeszcze „Umarłe drzewa”, „Na krawędzi snu”, „Martwy rok” i „Jabolowe ofiary”…Jakby tego było mało, ludzie głośno domagali się numeru „Jabol punk”..Zanim go zagrano, Gienek zeskoczył ze sceny i dosłownie wyściskał się ze wszystkimi stojącymi przy barierkach.

Wcześniej z jego ust padło kilka słów, na temat tego jak oni i my, mamy przerąbane, bo jesteśmy z dwóch krańców Polski i dzieli nas tyle kilometrów. A jednak przyjechali do nas. Chwilę później  Tomek również podszedł do barierek poprzybijać piątki z fanami. Gdy wydawało się, że to już koniec i zespół zszedł ze sceny…pozostał niedosyt. Jak to ? Nie zagrają 1944 ? Nie wierzę. Wrócili, zagrali…i to jak zagrali. Nie było co zbierać. Ładnie się pożegnali i zostawili nas z szumem w uszach, oraz garścią wzruszeń. Wiadomo, że twarzą KSU jest Gienek i bez niego to by się nie kręciło, ale wielkie ukłony i dzięki należą się całemu zespołowi. Bez nich to by tak nie brzmiało. Warto było czekać. Ktoś kiedyś powiedział, że to jest nieco inne KSU, bo instrumentarium wzbogacone o skrzypce i flety..ale to nadal KSU, takie jakie lubimy. Słyszałem różne opinie o Siczce, że gwiazdorzy i foszy…tymczasem wyszedł do ludzi chyba niecałe 20 minut po koncercie. Cierpliwie podpisywał płyty i robił sobie zdjęcia z fanami, żartując i śmiejąc się. Powiedział też coś wyjątkowego, czego nigdy wcześniej nie usłyszałem od żadnego muzyka:” Ludzie, uzmysłówcie sobie, że to nie wy macie być wdzięczni zespołowi…a zespół wam, za to, że przychodzicie na koncerty, słuchacie i kupujecie płyty”. Szacun Gieniu za te słowa. Na pewno jeszcze przyjdę na Twój koncert.

Sedes: https://www.facebook.com/sedesband

KSU: https://www.facebook.com/KSUzespol

Fotorelacja na Dom Kultury „Krzemień”: https://www.facebook.com/krzemien.art

Foto Jakub

Jakub Czarnecki dla Radia R.E.C

 

Ps. Złodzieju w przebraniu punka. Mamy nadzieję, że płyta którą ukradłeś a tym samym pozbawiłeś zespół KSU stu dwudziestu złotych zarobku, będzie Cię parzyła w łapy. Przykre to co zrobiłeś./przyp.red./

 

Kozakiewicz Darek LIVE

Dnia piątego listopada, w Szczecińskim CK Krzywy Gryf, odbył się zorganizowany w ramach Hot Tour 2022 koncert Darka Kozakiewicza wraz z jego solowym zespołem. W roli supportu pojawiło się doskonale znane fanom Radia R.E.C warszawskie trio 1965. Dzięki uprzejmości 1965 radiowa ekipa otrzymała zaproszenie na ten koncert. Skorzystaliśmy oczywiście z tego zaproszenia, z nadzieją że będziemy mogli przy okazji porozmawiać przed koncertem z Darkiem na tematy muzyczne, których było oczywiście od groma. Udało się – a co wyszło z tej fascynującej rozmowy, będziecie mogli się przekonać już wkrótce, a tymczasem zapraszam do przeczytania relacji z tego koncertu.

Wywiad z Darkiem został przeprowadzony w bardzo interesującym miejscu – swego rodzaju „zapleczu”, będącego w praktyce niesamowicie klimatyczną salą prób. Nigdy wcześniej tam nie byłem (zresztą, sala trzymana jest pod kluczem), ale w tym przypadku nie mogło być inaczej. Po prawie godzinnej rozmowie wróciliśmy do dobrze już nam znanego miejsca, w którym miała nastąpić właściwa część wydarzenia. Trasa Hot Tour 2022 stanowi uczczenie pięćdziesięciu lat działalności scenicznej Darka „Krokodyla” Kozakiewicza, wirtuoza gitary oraz ikony polskiego rocka. Nie sposób wymienić wszystkich artystów, z którymi Darek współpracował, ale takie zespoły jak Breakout, Test bądź też Perfect służą jako podstawowe przykłady. Ale to tylko kropla w morzu… Tak czy inaczej, Krokodyl jako muzyk nic już nikomu nie musi udowadniać – jego twórczość robi to za niego.

Zanim pod sceną cokolwiek zaczęło się dziać, standardowo rzuciliśmy okiem na merch. Największą ofertę mieli tu muzycy z 1965 – koszulkę, plakaty oraz wszystkie wydane dotychczas materiały. W przypadku Krokodyla był to tylko plakat oraz koncertówka wydana pod szyldem jego solowego projektu. Na wydaną w zeszłym roku kompilację „Krokodyl. 50 lat na scenie” już się nie załapaliśmy, gdyż wszystkie zabrane egzemplarze rozeszły się na poprzednich koncertach trasy, co już o czymś świadczy. Cóż, kto pierwszy, ten lepszy. Po przyjrzeniu się sklepikowi można było przejść pod scenę i przypatrzeć się rozstawionym gitarom obu składów…

…co dało oczom wyobraźni obraz pięknego, gitarowego show. W tym czasie załoga z 1965 rozpoczęła instalowanie się na scenie. Liczy ona trzy osoby, co może wyglądać dość skromnie, jednak nie ma co ulegać złudzeniom. To nie ilość jest tu najważniejsza. Zresztą, jak się okazało, trójka instrumentalistów (w tym jeden śpiewający) w zupełności wystarcza. Propozycja 1965 to z jednej strony tradycyjny hard rock, jednak wyłania się z niego także psychodelia dawnych lat, mogąca się kojarzyć z ówczesnymi wizjami świata science-fiction – co zresztą potwierdza motyw drugiego i zarazem najnowszego albumu zespołu, „Panther”. To dźwięki przestrzenne, mocno oddziałujące na wyobraźnię słuchacza. Pod ich wpływem zaczyna on kreować w swojej głowie obrazy, mogące służyć za wizualizację tego, co wybrzmiewało na scenie.

Mocno kameralny nastrój całego wydarzenia był zauważalny od samego początku. Wówczas na miejscu jeszcze nie było zbyt wielu ludzi, nie przeszkodziło to jednak warszawskiemu zespołowi zagrać dobrego, profesjonalnego koncertu. Występ miał klimat – ten, który opisywany jest chociażby w metryczne zespołu na ich fanpage’u. Choć krótki i bez bisu, przykuł moją uwagę. Najbardziej pasuje tu słowo „treściwy”. 1965 wie, co robi i na czym powinien się koncentrować. Nawet ten brak drugiej gitary nie był jakoś szczególnie mocno odczuwalny, a w przypadku podobnych zespołów bywa to dość częstą bolączką. Rola supportu takiej ikony jak Darek Kozakiewicz to też z pewnością nie jest łatwe zadanie, niemniej myślę, że koncert warszawskiej kapeli jak najbardziej można uznać za udany.

Po prezentacji 1965 nadszedł czas na część właściwą tego wydarzenia – tę, na którą czekali zapewne wszyscy zgromadzeni (a z czasem ich nieco przybyło). Po krótkiej przerwie na scenę wyszedł solowy zespół Kozakiewicza, zespół jego marzeń – jak on sam tego wieczoru go określił. Projekt ten to jednocześnie powrót do przeszłości oraz powiew intensywnej, hardrockowej świeżości. Dla przybyłych koncert Kozakiewicza mógł być dość nostalgiczny, z tego względu, że obok nowych, skomponowanych na potrzeby projektu utworów, grano na nim również utwory z dawnych kat kariery Darka, wliczając w to wszystkie zespoły, z których jest on najbardziej znany – począwszy od Breakout, przez Test idąc, a na Perfect skończywszy. Jednocześnie nabrały one zupełnie nowego, świeżego charakteru, który został im nadany przez muzyków. Cała trasa „Hot Tour 2022” miała w założeniu być uczczeniem pięćdziesięciu lat kariery muzycznej Darka, więc taka kolej rzeczy nie powinna absolutnie nikogo dziwić.

Cóż to było za widowisko… Przyznaję, nawet będąc świadomym gitarowego kunsztu Darka byłem pod wrażeniem tego, co działo się na scenie. Wyrazisty charakter zespołu to jedno (bardzo mocno akcentuje go wokalistka, Justyna Panfilewicz), ale cała uwaga koncentrowana była na gitarowych, imponujących wręcz dźwiękach – mimo tego, że nie było tu mowy o przyćmiewaniu reszty składu. Cała czwórka działała jak dobrze naoliwiona maszyna, ale wiadomo że to lider nadawał jej kierunek działania. Cały występ trwał sporo ponad godzinę, a wypełniły go numery o ogromnym potencjale koncertowym. Szczególnie chciałbym tutaj wyróżnić jedną kompozycję – bardzo rozbudowany, instrumentalny medley Jimiego Hendrixa. Taka fuzja jego najsłynniejszych muzycznych pomysłów to piękny hołd, który bez wątpienia został doceniony – a w tym czasie Justyna mogła zrobić sobie przerwę, i wykorzystała ją po prostu dosiadając się do publiczności. Niemalże wtopiła się w otoczenie.

Występ był piękny. Wypełniony pozytywną, rockową energią oraz emocjami – a te trzymały się jeszcze długo po wyjściu z klubu. Wyjątkowe było także zakończenie koncertu – na bis zagrano utwór dziś już kultowy – „Oni zaraz przyjdą tu” Breakoutu. Darek nawet go nie przedstawił, powiedział tylko że zagra jego pierwsze dźwięki, a publika zapewne go rozpozna. Wykonanie tej kompozycji było świetnym przykładem relacji, jaka wywiązała się pomiędzy występującym zespołem a publicznością. Justyna zaśpiewała go wspólnie z przybyłymi na miejsce – po skończeniu jednego wersu podchodziła do losowo wybranej osoby pod sceną i podstawiała jej mikrofon, by ona zaśpiewała kolejny. No i okazało się, że wszyscy znali tekst… Ale czy to zaskoczenie? Nie powiedziałbym. Taki finał był możliwy także dzięki kameralnemu charakterowi wydarzenia – a właśnie na tej kameralności zależało Darkowi.

Cóż mogę więcej powiedzieć? Niech żałują ci, którzy nie byli a mogliby być. Krokodyl jest w znakomitej formie, a to przełożyło się na kolejny niezapomniany wieczór. Byłem tylko zaskoczony tym, że Darek nie zmieniał gitar w trakcie występu, mimo że miał ich przygotowanych kilka. Ale to nawet nie jest minus – po prostu lekkie zdziwienie, nic więcej. Bo w istocie nie było się do czego przyczepić. Darek, niezwykle przecież zasłużony wirtuoz gitary, może teraz skoncentrować się przede wszystkim na realizacji swojego muzycznego marzenia – także ku uciesze fanów.

Teraz, tradycyjnie, zostaje mi już tylko złożyć w imieniu radiowej ekipy podziękowania. W pierwszej kolejności dziękujemy zespołom 1965 oraz Darek Kozakiewicz Live za wspaniałe występy. Dziękujemy 1965 za zaproszenie, Darkowi Kozakiewiczowi za fascynujący wywiad, CK Krzywy Gryf za umożliwienie realizacji tego wydarzenia, oraz, naturalnie, wszystkim przybyłym tego wieczoru.

Łukasz (Barlinecki Meloman)

https://www.facebook.com/1965official

https://www.facebook.com/darekkozakiewiczofficial

https://www.facebook.com/KrzywyGryf

KinKpin – „In My Lowest Hour”

KinKpin, fotografie z FB zespołu autorstwa Kamili Szcześniak (pozwoliłam sobie scalić chałupniczo).

 

Nosiłam się z tym albumem od Świniobicia, przesłuchując go przy pomocy rozmaitych urządzeń/nośników. Po tygodniu swobodnie mogę skonkludować, że jest z gatunku tych, które przekonują mnie do siebie powoli, ale skutecznie. I tak dziś, w trakcie kolejnej nudnej czynności niezbędnej ku podtrzymaniu ludzkiej egzystencji, nawiedził mnie i nie chciał puścić Always Remember. Czy to niewątpliwe przywiązanie do muzycznych treści prezentowanych przez KinKpin spowoduje, że potraktuję ich ulgowo? Cytując klasyka — przypuszczam, że wątpię.

 

Samoopis KinKpin z YouTube’a:

 

Young and relentless. Kinkpin is made of hard rock and metal, but unlike most old school bands, is not afraid to mix them with modern sound.

 

We will take you for a ride with our music which is as different as the band members. The songs are inspired by a variety of emotions and moods, ranging from joy and energy to depressive thoughts. There is a part of each of us in every single song.

 

Kinkpin is an independent band focused on creating each of its elements by its members, starting with the composition and sound, through recordings, ending with the visual side of the band. An equally important part of the band’s existence is being close to the audience and feeling one with the fans.”

 

 

Grają od 2019 r. In My Lowest Hour jest ich pierwszym pełnowymiarowym albumem, wydanym 29 kwietnia 2022. Opisują siebie jako „młodych i bezwzględnych”, tworzących muzykę będącą fuzją hard rocka i metalu z domieszką nowoczesnych brzmień. Szczególnie podoba mi się fragment o rozpiętości stanów emocjonalnych leżących u podstaw utworów — faktycznie czuć je przy przesłuchiwaniu. Każdy utwór jest dzięki temu jakby odrębnym bytem, założę się, że gdyby móc zrobić im testy osobowości, wyszłyby zupełnie inne typy. KinKpin zdecydowanie nie jest jednak na etapie poszukiwania własnego stylu; mimo odmienności klimatycznej, ich kompozycje można z łatwością sprowadzić do wspólnego mianownika niezależnie od wyniku matury z matematyki.

 

No Escape — świetne, trzymające w napięciu do samego końca niczym doskonały film grozy intro.  Chętnie posłuchałabym w dłuższym formacie.

 

The Night Is Coming — jaki ten riff jest dobry! Materiał na porządny hit. Dobry, niebanalny tekst, świetne wykorzystanie harmonicznych wokali, obecne właściwie do samego końca albumu. Podoba mi się nawet konstrukcja tego utworu, z ładnie wyeksponowanym solo na gitarze i okalającym ja refrenem, który dzięki takiemu zabiegowi powoduje, że uwaga słuchacza nie odpływa w nieznane. Wisienka na torcie jest teledysk o bardzo ciekawej i metaforycznej koncepcji — koniecznie do obejrzenia.

 

DREAM — oniryczny jak sama nazwa wskazuje. Jeden z moich osobistych ulubieńców — muzycznie, symbolicznie. Introspektywny tekst, melancholijno-sentymentalne klimaty, trochę jak te bardziej nasycone emocjonalnie i spokojniejsze kawałki BMTH w okresie świetności.

 

Anthem — serwuje nam drastyczną zmianę klimatu. Wynurzamy się z emocjonalnego letargu, oblepiające nas błotko wysycha i odpada i odradzamy się niczym feniks z popiołów. Dobry jako codzienny, poranny motywator. Piękny fry scream w gratisie.

 

Down the Light — jeśli wydaje wam się, że to taki poprawny, dobry, radiowy kawałek, to poczekajcie na tonacyjne fikołki w bridge’u i solówce.

 

Riders — lekko southernowe zacięcie z brodą à la ZZ Top i anielskim chórem w tle.

 

Always Remember — bardzo klasycznie, 80s-owo hard-rockowy (skojarzenia: AC/DC, Alice Cooper) kawałek, ale z modern twistem (i lepszym basem).

 

 

Okładka płyty „In My Lowest Hour”. (Z mojego śledztwa wynika, ze autorem najprawdopodobniej jest Wojtek, perkusista KinKpin — odpowiedzialny również za aspekt graficzny).

 

  Gone — na tym etapie muszę przyznać, że spokojniejsze utwory KinKpin uderzają mnie w jakieś czułe miejsce. Linia basu to tutaj coś wspaniałego, aż się prosi o bas-solo!

 

Bad Celebration — wulkan pozytywnej energii idealny dla zrównoważenia całości i poszalenia na koncercie. Jest też wykorzystanie tematu z innego utworu w wersji symfonicznej, ale nie zamierzam podpowiadać 🙂

 

Behind the Rain — Linkin Park spotyka Evanescence gdzieś w okolicach 2005 i robią razem balladę sans rap.

 

Żeby nie było zbyt pięknie, przyszedł czas na rzepostwo (bo rzepy się czepiają, czyż nie?). Jako że Panowie ambitnie nie stronią od komplikowania sobie życia niewygodnymi tonacjami, rzuciły mi się w uszy pewne nieścisłości dźwiękowo-wokalne, szczególnie w końcówkach bardziej skomplikowanych, szybszych fraz. Jakby przy modulacji o dużej rozpiętości tonalnej uciekało w trakcie za dużo powietrza i brakowało go do eleganckiego wykończenia. Szybkie poprawki techniczne (może bardziej miksem?) i będzie pięknie, bo Pan Wokalista tembr ma unikatowy (gdyby Chester miał większą rezonację w cleanach). Instrumentalnie, czasami było trochę za dużo przestrzeni (w tych bardziej dynamicznych częściach i solówkach)  — a grają na dwie gitary + bas! Nie przeczę, że nadmierne zagęszczanie dźwięków również nie służy, ale tutaj aż się prosi o więcej nutek. Poszalejcie, Panowie!

 

Ich styl określiłabym jako nie mieszankę, a blend hard rocka/metalu z wszystkim, co okoliczne. Wchodzą szczególnie w rejony metalcore’owe, prog- czy nu-metalowe (Linkin Park vibes mocno wyczuwalne, tak), nie tracąc groove’u jak niektórzy hard-rockowi klasycy. Jeśli ktoś zmusiłby mnie do określenia ich gatunkowo, poszłabym w art metal (który formalnie nie istnieje) albo heavy art-rock na art rocka są za „ciężcy”, a na awangardowy metal zbyt „lekcy”, natomiast elementy symfoniczne i elektroniczne zdecydowanie idą w kierunku „art”. Może to nawet nie kwestia poszczególnych wycinków utworów zawierających cechy charakterystyczne dla różnych gatunków, a nakładanie się estetyk, którymi owe gatunki operują, daje im ten niepowtarzalny efekt. Jedno jest pewne — jakaś nieuchwytna tajemniczość, intrygujące niedopowiedzenie. I naprawdę fantastycznie operują emocjonalnymi pejzażami w muzyce. Z pewnością wybiorę się na ich koncert przy najbliższej możliwej okazji.

 

 Martyna

 

  Linki:

 

FB: https://www.facebook.com/KinKpinband/

 

IG: https://www.instagram.com/kinkpin____band/

 

YT: https://www.youtube.com/channel/UCD8wYWmODTv2Hj5wfuavh0g

 

Spotify: https://open.spotify.com/artist/4SQgwaKAsLDG4kXRv0dzxk?si=ORIeQXUkRU6WUhlOmpuXeA&fbclid=IwAR3Jmw7Zu5U7A1c74vMoWI2y6I_CqAy1_c5esWB4lJSKoD-IB7tng6gurIw&nd=1