Kozakiewicz Darek LIVE

Dnia piątego listopada, w Szczecińskim CK Krzywy Gryf, odbył się zorganizowany w ramach Hot Tour 2022 koncert Darka Kozakiewicza wraz z jego solowym zespołem. W roli supportu pojawiło się doskonale znane fanom Radia R.E.C warszawskie trio 1965. Dzięki uprzejmości 1965 radiowa ekipa otrzymała zaproszenie na ten koncert. Skorzystaliśmy oczywiście z tego zaproszenia, z nadzieją że będziemy mogli przy okazji porozmawiać przed koncertem z Darkiem na tematy muzyczne, których było oczywiście od groma. Udało się – a co wyszło z tej fascynującej rozmowy, będziecie mogli się przekonać już wkrótce, a tymczasem zapraszam do przeczytania relacji z tego koncertu.

Wywiad z Darkiem został przeprowadzony w bardzo interesującym miejscu – swego rodzaju “zapleczu”, będącego w praktyce niesamowicie klimatyczną salą prób. Nigdy wcześniej tam nie byłem (zresztą, sala trzymana jest pod kluczem), ale w tym przypadku nie mogło być inaczej. Po prawie godzinnej rozmowie wróciliśmy do dobrze już nam znanego miejsca, w którym miała nastąpić właściwa część wydarzenia. Trasa Hot Tour 2022 stanowi uczczenie pięćdziesięciu lat działalności scenicznej Darka “Krokodyla” Kozakiewicza, wirtuoza gitary oraz ikony polskiego rocka. Nie sposób wymienić wszystkich artystów, z którymi Darek współpracował, ale takie zespoły jak Breakout, Test bądź też Perfect służą jako podstawowe przykłady. Ale to tylko kropla w morzu… Tak czy inaczej, Krokodyl jako muzyk nic już nikomu nie musi udowadniać – jego twórczość robi to za niego.

Zanim pod sceną cokolwiek zaczęło się dziać, standardowo rzuciliśmy okiem na merch. Największą ofertę mieli tu muzycy z 1965 – koszulkę, plakaty oraz wszystkie wydane dotychczas materiały. W przypadku Krokodyla był to tylko plakat oraz koncertówka wydana pod szyldem jego solowego projektu. Na wydaną w zeszłym roku kompilację “Krokodyl. 50 lat na scenie” już się nie załapaliśmy, gdyż wszystkie zabrane egzemplarze rozeszły się na poprzednich koncertach trasy, co już o czymś świadczy. Cóż, kto pierwszy, ten lepszy. Po przyjrzeniu się sklepikowi można było przejść pod scenę i przypatrzeć się rozstawionym gitarom obu składów…

…co dało oczom wyobraźni obraz pięknego, gitarowego show. W tym czasie załoga z 1965 rozpoczęła instalowanie się na scenie. Liczy ona trzy osoby, co może wyglądać dość skromnie, jednak nie ma co ulegać złudzeniom. To nie ilość jest tu najważniejsza. Zresztą, jak się okazało, trójka instrumentalistów (w tym jeden śpiewający) w zupełności wystarcza. Propozycja 1965 to z jednej strony tradycyjny hard rock, jednak wyłania się z niego także psychodelia dawnych lat, mogąca się kojarzyć z ówczesnymi wizjami świata science-fiction – co zresztą potwierdza motyw drugiego i zarazem najnowszego albumu zespołu, “Panther”. To dźwięki przestrzenne, mocno oddziałujące na wyobraźnię słuchacza. Pod ich wpływem zaczyna on kreować w swojej głowie obrazy, mogące służyć za wizualizację tego, co wybrzmiewało na scenie.

Mocno kameralny nastrój całego wydarzenia był zauważalny od samego początku. Wówczas na miejscu jeszcze nie było zbyt wielu ludzi, nie przeszkodziło to jednak warszawskiemu zespołowi zagrać dobrego, profesjonalnego koncertu. Występ miał klimat – ten, który opisywany jest chociażby w metryczne zespołu na ich fanpage’u. Choć krótki i bez bisu, przykuł moją uwagę. Najbardziej pasuje tu słowo “treściwy”. 1965 wie, co robi i na czym powinien się koncentrować. Nawet ten brak drugiej gitary nie był jakoś szczególnie mocno odczuwalny, a w przypadku podobnych zespołów bywa to dość częstą bolączką. Rola supportu takiej ikony jak Darek Kozakiewicz to też z pewnością nie jest łatwe zadanie, niemniej myślę, że koncert warszawskiej kapeli jak najbardziej można uznać za udany.

Po prezentacji 1965 nadszedł czas na część właściwą tego wydarzenia – tę, na którą czekali zapewne wszyscy zgromadzeni (a z czasem ich nieco przybyło). Po krótkiej przerwie na scenę wyszedł solowy zespół Kozakiewicza, zespół jego marzeń – jak on sam tego wieczoru go określił. Projekt ten to jednocześnie powrót do przeszłości oraz powiew intensywnej, hardrockowej świeżości. Dla przybyłych koncert Kozakiewicza mógł być dość nostalgiczny, z tego względu, że obok nowych, skomponowanych na potrzeby projektu utworów, grano na nim również utwory z dawnych kat kariery Darka, wliczając w to wszystkie zespoły, z których jest on najbardziej znany – począwszy od Breakout, przez Test idąc, a na Perfect skończywszy. Jednocześnie nabrały one zupełnie nowego, świeżego charakteru, który został im nadany przez muzyków. Cała trasa “Hot Tour 2022” miała w założeniu być uczczeniem pięćdziesięciu lat kariery muzycznej Darka, więc taka kolej rzeczy nie powinna absolutnie nikogo dziwić.

Cóż to było za widowisko… Przyznaję, nawet będąc świadomym gitarowego kunsztu Darka byłem pod wrażeniem tego, co działo się na scenie. Wyrazisty charakter zespołu to jedno (bardzo mocno akcentuje go wokalistka, Justyna Panfilewicz), ale cała uwaga koncentrowana była na gitarowych, imponujących wręcz dźwiękach – mimo tego, że nie było tu mowy o przyćmiewaniu reszty składu. Cała czwórka działała jak dobrze naoliwiona maszyna, ale wiadomo że to lider nadawał jej kierunek działania. Cały występ trwał sporo ponad godzinę, a wypełniły go numery o ogromnym potencjale koncertowym. Szczególnie chciałbym tutaj wyróżnić jedną kompozycję – bardzo rozbudowany, instrumentalny medley Jimiego Hendrixa. Taka fuzja jego najsłynniejszych muzycznych pomysłów to piękny hołd, który bez wątpienia został doceniony – a w tym czasie Justyna mogła zrobić sobie przerwę, i wykorzystała ją po prostu dosiadając się do publiczności. Niemalże wtopiła się w otoczenie.

Występ był piękny. Wypełniony pozytywną, rockową energią oraz emocjami – a te trzymały się jeszcze długo po wyjściu z klubu. Wyjątkowe było także zakończenie koncertu – na bis zagrano utwór dziś już kultowy – “Oni zaraz przyjdą tu” Breakoutu. Darek nawet go nie przedstawił, powiedział tylko że zagra jego pierwsze dźwięki, a publika zapewne go rozpozna. Wykonanie tej kompozycji było świetnym przykładem relacji, jaka wywiązała się pomiędzy występującym zespołem a publicznością. Justyna zaśpiewała go wspólnie z przybyłymi na miejsce – po skończeniu jednego wersu podchodziła do losowo wybranej osoby pod sceną i podstawiała jej mikrofon, by ona zaśpiewała kolejny. No i okazało się, że wszyscy znali tekst… Ale czy to zaskoczenie? Nie powiedziałbym. Taki finał był możliwy także dzięki kameralnemu charakterowi wydarzenia – a właśnie na tej kameralności zależało Darkowi.

Cóż mogę więcej powiedzieć? Niech żałują ci, którzy nie byli a mogliby być. Krokodyl jest w znakomitej formie, a to przełożyło się na kolejny niezapomniany wieczór. Byłem tylko zaskoczony tym, że Darek nie zmieniał gitar w trakcie występu, mimo że miał ich przygotowanych kilka. Ale to nawet nie jest minus – po prostu lekkie zdziwienie, nic więcej. Bo w istocie nie było się do czego przyczepić. Darek, niezwykle przecież zasłużony wirtuoz gitary, może teraz skoncentrować się przede wszystkim na realizacji swojego muzycznego marzenia – także ku uciesze fanów.

Teraz, tradycyjnie, zostaje mi już tylko złożyć w imieniu radiowej ekipy podziękowania. W pierwszej kolejności dziękujemy zespołom 1965 oraz Darek Kozakiewicz Live za wspaniałe występy. Dziękujemy 1965 za zaproszenie, Darkowi Kozakiewiczowi za fascynujący wywiad, CK Krzywy Gryf za umożliwienie realizacji tego wydarzenia, oraz, naturalnie, wszystkim przybyłym tego wieczoru.

Łukasz (Barlinecki Meloman)

https://www.facebook.com/1965official

https://www.facebook.com/darekkozakiewiczofficial

https://www.facebook.com/KrzywyGryf

KinKpin – „In My Lowest Hour”

KinKpin, fotografie z FB zespołu autorstwa Kamili Szcześniak (pozwoliłam sobie scalić chałupniczo).

 

Nosiłam się z tym albumem od Świniobicia, przesłuchując go przy pomocy rozmaitych urządzeń/nośników. Po tygodniu swobodnie mogę skonkludować, że jest z gatunku tych, które przekonują mnie do siebie powoli, ale skutecznie. I tak dziś, w trakcie kolejnej nudnej czynności niezbędnej ku podtrzymaniu ludzkiej egzystencji, nawiedził mnie i nie chciał puścić Always Remember. Czy to niewątpliwe przywiązanie do muzycznych treści prezentowanych przez KinKpin spowoduje, że potraktuję ich ulgowo? Cytując klasyka — przypuszczam, że wątpię.

 

Samoopis KinKpin z YouTube’a:

 

Young and relentless. Kinkpin is made of hard rock and metal, but unlike most old school bands, is not afraid to mix them with modern sound.

 

We will take you for a ride with our music which is as different as the band members. The songs are inspired by a variety of emotions and moods, ranging from joy and energy to depressive thoughts. There is a part of each of us in every single song.

 

Kinkpin is an independent band focused on creating each of its elements by its members, starting with the composition and sound, through recordings, ending with the visual side of the band. An equally important part of the band’s existence is being close to the audience and feeling one with the fans.”

 

 

Grają od 2019 r. In My Lowest Hour jest ich pierwszym pełnowymiarowym albumem, wydanym 29 kwietnia 2022. Opisują siebie jako „młodych i bezwzględnych”, tworzących muzykę będącą fuzją hard rocka i metalu z domieszką nowoczesnych brzmień. Szczególnie podoba mi się fragment o rozpiętości stanów emocjonalnych leżących u podstaw utworów — faktycznie czuć je przy przesłuchiwaniu. Każdy utwór jest dzięki temu jakby odrębnym bytem, założę się, że gdyby móc zrobić im testy osobowości, wyszłyby zupełnie inne typy. KinKpin zdecydowanie nie jest jednak na etapie poszukiwania własnego stylu; mimo odmienności klimatycznej, ich kompozycje można z łatwością sprowadzić do wspólnego mianownika niezależnie od wyniku matury z matematyki.

 

No Escape — świetne, trzymające w napięciu do samego końca niczym doskonały film grozy intro.  Chętnie posłuchałabym w dłuższym formacie.

 

The Night Is Coming — jaki ten riff jest dobry! Materiał na porządny hit. Dobry, niebanalny tekst, świetne wykorzystanie harmonicznych wokali, obecne właściwie do samego końca albumu. Podoba mi się nawet konstrukcja tego utworu, z ładnie wyeksponowanym solo na gitarze i okalającym ja refrenem, który dzięki takiemu zabiegowi powoduje, że uwaga słuchacza nie odpływa w nieznane. Wisienka na torcie jest teledysk o bardzo ciekawej i metaforycznej koncepcji — koniecznie do obejrzenia.

 

DREAM — oniryczny jak sama nazwa wskazuje. Jeden z moich osobistych ulubieńców — muzycznie, symbolicznie. Introspektywny tekst, melancholijno-sentymentalne klimaty, trochę jak te bardziej nasycone emocjonalnie i spokojniejsze kawałki BMTH w okresie świetności.

 

Anthem — serwuje nam drastyczną zmianę klimatu. Wynurzamy się z emocjonalnego letargu, oblepiające nas błotko wysycha i odpada i odradzamy się niczym feniks z popiołów. Dobry jako codzienny, poranny motywator. Piękny fry scream w gratisie.

 

Down the Light — jeśli wydaje wam się, że to taki poprawny, dobry, radiowy kawałek, to poczekajcie na tonacyjne fikołki w bridge’u i solówce.

 

Riders — lekko southernowe zacięcie z brodą à la ZZ Top i anielskim chórem w tle.

 

Always Remember — bardzo klasycznie, 80s-owo hard-rockowy (skojarzenia: AC/DC, Alice Cooper) kawałek, ale z modern twistem (i lepszym basem).

 

 

Okładka płyty „In My Lowest Hour”. (Z mojego śledztwa wynika, ze autorem najprawdopodobniej jest Wojtek, perkusista KinKpin — odpowiedzialny również za aspekt graficzny).

 

  Gone — na tym etapie muszę przyznać, że spokojniejsze utwory KinKpin uderzają mnie w jakieś czułe miejsce. Linia basu to tutaj coś wspaniałego, aż się prosi o bas-solo!

 

Bad Celebration — wulkan pozytywnej energii idealny dla zrównoważenia całości i poszalenia na koncercie. Jest też wykorzystanie tematu z innego utworu w wersji symfonicznej, ale nie zamierzam podpowiadać 🙂

 

Behind the Rain — Linkin Park spotyka Evanescence gdzieś w okolicach 2005 i robią razem balladę sans rap.

 

Żeby nie było zbyt pięknie, przyszedł czas na rzepostwo (bo rzepy się czepiają, czyż nie?). Jako że Panowie ambitnie nie stronią od komplikowania sobie życia niewygodnymi tonacjami, rzuciły mi się w uszy pewne nieścisłości dźwiękowo-wokalne, szczególnie w końcówkach bardziej skomplikowanych, szybszych fraz. Jakby przy modulacji o dużej rozpiętości tonalnej uciekało w trakcie za dużo powietrza i brakowało go do eleganckiego wykończenia. Szybkie poprawki techniczne (może bardziej miksem?) i będzie pięknie, bo Pan Wokalista tembr ma unikatowy (gdyby Chester miał większą rezonację w cleanach). Instrumentalnie, czasami było trochę za dużo przestrzeni (w tych bardziej dynamicznych częściach i solówkach)  — a grają na dwie gitary + bas! Nie przeczę, że nadmierne zagęszczanie dźwięków również nie służy, ale tutaj aż się prosi o więcej nutek. Poszalejcie, Panowie!

 

Ich styl określiłabym jako nie mieszankę, a blend hard rocka/metalu z wszystkim, co okoliczne. Wchodzą szczególnie w rejony metalcore’owe, prog- czy nu-metalowe (Linkin Park vibes mocno wyczuwalne, tak), nie tracąc groove’u jak niektórzy hard-rockowi klasycy. Jeśli ktoś zmusiłby mnie do określenia ich gatunkowo, poszłabym w art metal (który formalnie nie istnieje) albo heavy art-rock na art rocka są za „ciężcy”, a na awangardowy metal zbyt „lekcy”, natomiast elementy symfoniczne i elektroniczne zdecydowanie idą w kierunku „art”. Może to nawet nie kwestia poszczególnych wycinków utworów zawierających cechy charakterystyczne dla różnych gatunków, a nakładanie się estetyk, którymi owe gatunki operują, daje im ten niepowtarzalny efekt. Jedno jest pewne — jakaś nieuchwytna tajemniczość, intrygujące niedopowiedzenie. I naprawdę fantastycznie operują emocjonalnymi pejzażami w muzyce. Z pewnością wybiorę się na ich koncert przy najbliższej możliwej okazji.

 

 Martyna

 

  Linki:

 

FB: https://www.facebook.com/KinKpinband/

 

IG: https://www.instagram.com/kinkpin____band/

 

YT: https://www.youtube.com/channel/UCD8wYWmODTv2Hj5wfuavh0g

 

Spotify: https://open.spotify.com/artist/4SQgwaKAsLDG4kXRv0dzxk?si=ORIeQXUkRU6WUhlOmpuXeA&fbclid=IwAR3Jmw7Zu5U7A1c74vMoWI2y6I_CqAy1_c5esWB4lJSKoD-IB7tng6gurIw&nd=1

 

 

 

 

 

 

KRUSHER – Oblivion

Są zespoły, które już od razu zdają się pokazywać, że mają w sobie coś interesującego. Zdarza mi się trafić na wykonawców, o których zaczynam dobrze myśleć zanim w ogóle ich posłucham. Takim właśnie zespołem jest Krusher, który na przestrzeni niemal dwudziestu lat swojej działalności zdołał całkiem sporo osiągnąć, czego przykładem może być chociażby festiwal Krushfest, którego to Krusher jest pomysłodawcą oraz organizatorem. Ich aktywność wiąże się jednak oczywiście przede wszystkim z tworzeniem – jak dotąd ostatnim wydawnictwem zespołu jest wydany w 2020 roku album “Oblivion”, o którym możecie przeczytać w tym tekście.

Zmiany personalne również miały miejsce – prawdopodobnie najbardziej zauważalną z nich jest objęcie stanowiska wokalistki w 2007 roku przez Klaudię Kozień. Nazwa zespołu obca mi nie była, czasem przewijała mi się ona podczas przeglądania internetu. Nigdy jednak się nad nią nie pochylałem, co okazało się być sporym błędem. Zanim przystąpiłem do pierwszego odsłuchu, przeczucie podpowiadało mi, że “Oblivion” ma szansę celnie wpasować się w moje gusta. Nigdy nie ukrywałem mojej słabości do wokalistek podążających drogą metalu oraz rocka, a i połączenie heavy i thrash metalu, o którym można przeczytać w biografii zespołu, wydawało się być interesujące.

W rzeczy samej, cały materiał kipi żywą energią wspólną dla obu gatunków – bardziej melodyjną od strony heavy i bardziej agresywną od strony thrashu. W przypadku “Oblivion” granice pomiędzy nimi zdają się nieco rozmywać, między innymi dlatego, że żadna ze stron nie wybiega w skrajność. Ma to wpływ na ogólny odbiór, gdyż słuchacz nie doświadcza wrażenia panującego wszędzie chaosu. Zamiast tego występuje swego rodzaju porządek, w którym wszystko ma swoje miejsce – czy to szarpane, thrashowe riffy, czy to podniosłe solówki, czy to standardowe, heavymetalowe sekwencje. Wszystkie elementy udało się tak na siebie ponakładać, by nie zakłócić ogólnej formy całości.

Słuchacz nie uchroni się jednak przed intensywnością Krushera, podbitego mocnym, wyrazistym brzmieniem. Zespół wcale nie musi wszędzie osiągać wyżyn prędkości grania, by brzmieć ciężko i agresywnie. Udaje mu się to nawet w spokojniejszych fragmentach, których oczywiście nie brakuje. Całość skoncentrowana jest na zachowaniu równowagi w wielu aspektach, co łatwo zauważyć już przy pierwszym odsłuchu. Wystarczy porównać ze sobą nieco balladowe “Ruiny starego świata” i czysto thrashowe “Blitzkrieg”. Niby totalnie różne klimaty, ale w praktyce idealnie się to zazębia. A to tylko jeden z wielu przykładów, które można znaleźć na tym albumie.

Moim ulubionym z nich jest wokal. Wokal będący jednocześnie zapewne najjaśniejszym punktem całego materiału. Klaudia nie ogranicza się do jednego rodzaju ekspresji: nie boi się zarówno czystego śpiewu, jak i dużo bardziej agresywnego wokalu. Nie jest to zwykły, do bólu klasyczny growl, jego postać jest bardzo charakterystyczna – przede wszystkim nie ma problemu z rozpoznaniem, że za mikrofonem stoi kobieta, dzięki czemu całość zyskuje na indywidualności. Z jednej strony nic szczególnego i wyjątkowego, ale z drugiej podkreśla to charakter Krushera. Partie w “Nomophobia” czy też zwrotki we wspomnianym “Blitzkrieg” tylko potwierdzają tę tezę. W niektórych fragmentach dodatkowo nałożono pogłos, który swoją dyskretną obecnością akcentuje wybrane partie. Efekt? Rewelacja.

Co mi zatem nie odpowiada na tym albumie? W zasadzie tylko “dodatkowy” męski głos, tu z kolei już typowy, głęboki growl. W mojej opinii zupełnie niepotrzebny dodatek, który jednak za często się nie pojawia, choć najwięcej go w “Ruinach starego świata”, przez co utwór ten spada w moim osobistym rankingu utworów z albumu na sam dół – czyli zajmuje miejsce trzecie. Na pierwsze wskakują genialny w swojej warstwie instrumentalnej “Fading Sun” oraz “Blitzkrieg” – dlaczego, wyjaśniłem we wcześniejszych akapitach. Reszta plasuje się pomiędzy, ze względu na równy poziom (tu nie ma utworu stricte słabego), i fakt, że w rzeczywistości każda kompozycja ma jakieś swoje smaczki. Za każdym razem, gdy tego słuchałem, wyłapywałem ich coraz więcej, część z nich to w zasadzie kwestia pojedynczych sekund. O niektórych już wspomniałem, odkrycie reszty to już zadanie dla Was.

Podsumowując: zostaję z Krusherem na dłużej. Sprawdzę poprzednie wydawnictwa i będę śledzić jego aktywność. Lubię takie granie, i na pewno miało to wpływ na mój odbiór. Ale myślę, że i bez tego doceniłbym “Oblivion” jako dzieło wyraziste i konkretne. Poziom jest wysoki i słychać, że tworzący zespół muzycy mają już niemałe doświadczenie. To po prostu bardzo dobry metal – nie wychylający się w skrajności, za to czerpiący z tego, co najlepsze w tej stylistyce. A jak ktoś chce mieć do tego wszystkiego jeszcze mocny, charakterystyczny wokal, to zdecydowanie nie powinien być tym albumem rozczarowany.

https://www.facebook.com/KrusherPL

https://youtu.be/wG_rd70mtWU

https://youtu.be/N-p1ArLmS-E

Barlinecki Meloman

Utwór “Blitzkrieg” znalazł się na dwudziestym drugim notowaniu listy przebojów Radia R.E.C  Rock Metal TOP 30 – głos można oddać pod tym linkiem:

https://radio-elitacafe.pl/metal-top-30/