KinKpin – „In My Lowest Hour”

KinKpin, fotografie z FB zespołu autorstwa Kamili Szcześniak (pozwoliłam sobie scalić chałupniczo).

 

Nosiłam się z tym albumem od Świniobicia, przesłuchując go przy pomocy rozmaitych urządzeń/nośników. Po tygodniu swobodnie mogę skonkludować, że jest z gatunku tych, które przekonują mnie do siebie powoli, ale skutecznie. I tak dziś, w trakcie kolejnej nudnej czynności niezbędnej ku podtrzymaniu ludzkiej egzystencji, nawiedził mnie i nie chciał puścić Always Remember. Czy to niewątpliwe przywiązanie do muzycznych treści prezentowanych przez KinKpin spowoduje, że potraktuję ich ulgowo? Cytując klasyka — przypuszczam, że wątpię.

 

Samoopis KinKpin z YouTube’a:

 

Young and relentless. Kinkpin is made of hard rock and metal, but unlike most old school bands, is not afraid to mix them with modern sound.

 

We will take you for a ride with our music which is as different as the band members. The songs are inspired by a variety of emotions and moods, ranging from joy and energy to depressive thoughts. There is a part of each of us in every single song.

 

Kinkpin is an independent band focused on creating each of its elements by its members, starting with the composition and sound, through recordings, ending with the visual side of the band. An equally important part of the band’s existence is being close to the audience and feeling one with the fans.”

 

 

Grają od 2019 r. In My Lowest Hour jest ich pierwszym pełnowymiarowym albumem, wydanym 29 kwietnia 2022. Opisują siebie jako „młodych i bezwzględnych”, tworzących muzykę będącą fuzją hard rocka i metalu z domieszką nowoczesnych brzmień. Szczególnie podoba mi się fragment o rozpiętości stanów emocjonalnych leżących u podstaw utworów — faktycznie czuć je przy przesłuchiwaniu. Każdy utwór jest dzięki temu jakby odrębnym bytem, założę się, że gdyby móc zrobić im testy osobowości, wyszłyby zupełnie inne typy. KinKpin zdecydowanie nie jest jednak na etapie poszukiwania własnego stylu; mimo odmienności klimatycznej, ich kompozycje można z łatwością sprowadzić do wspólnego mianownika niezależnie od wyniku matury z matematyki.

 

No Escape — świetne, trzymające w napięciu do samego końca niczym doskonały film grozy intro.  Chętnie posłuchałabym w dłuższym formacie.

 

The Night Is Coming — jaki ten riff jest dobry! Materiał na porządny hit. Dobry, niebanalny tekst, świetne wykorzystanie harmonicznych wokali, obecne właściwie do samego końca albumu. Podoba mi się nawet konstrukcja tego utworu, z ładnie wyeksponowanym solo na gitarze i okalającym ja refrenem, który dzięki takiemu zabiegowi powoduje, że uwaga słuchacza nie odpływa w nieznane. Wisienka na torcie jest teledysk o bardzo ciekawej i metaforycznej koncepcji — koniecznie do obejrzenia.

 

DREAM — oniryczny jak sama nazwa wskazuje. Jeden z moich osobistych ulubieńców — muzycznie, symbolicznie. Introspektywny tekst, melancholijno-sentymentalne klimaty, trochę jak te bardziej nasycone emocjonalnie i spokojniejsze kawałki BMTH w okresie świetności.

 

Anthem — serwuje nam drastyczną zmianę klimatu. Wynurzamy się z emocjonalnego letargu, oblepiające nas błotko wysycha i odpada i odradzamy się niczym feniks z popiołów. Dobry jako codzienny, poranny motywator. Piękny fry scream w gratisie.

 

Down the Light — jeśli wydaje wam się, że to taki poprawny, dobry, radiowy kawałek, to poczekajcie na tonacyjne fikołki w bridge’u i solówce.

 

Riders — lekko southernowe zacięcie z brodą à la ZZ Top i anielskim chórem w tle.

 

Always Remember — bardzo klasycznie, 80s-owo hard-rockowy (skojarzenia: AC/DC, Alice Cooper) kawałek, ale z modern twistem (i lepszym basem).

 

 

Okładka płyty „In My Lowest Hour”. (Z mojego śledztwa wynika, ze autorem najprawdopodobniej jest Wojtek, perkusista KinKpin — odpowiedzialny również za aspekt graficzny).

 

  Gone — na tym etapie muszę przyznać, że spokojniejsze utwory KinKpin uderzają mnie w jakieś czułe miejsce. Linia basu to tutaj coś wspaniałego, aż się prosi o bas-solo!

 

Bad Celebration — wulkan pozytywnej energii idealny dla zrównoważenia całości i poszalenia na koncercie. Jest też wykorzystanie tematu z innego utworu w wersji symfonicznej, ale nie zamierzam podpowiadać 🙂

 

Behind the Rain — Linkin Park spotyka Evanescence gdzieś w okolicach 2005 i robią razem balladę sans rap.

 

Żeby nie było zbyt pięknie, przyszedł czas na rzepostwo (bo rzepy się czepiają, czyż nie?). Jako że Panowie ambitnie nie stronią od komplikowania sobie życia niewygodnymi tonacjami, rzuciły mi się w uszy pewne nieścisłości dźwiękowo-wokalne, szczególnie w końcówkach bardziej skomplikowanych, szybszych fraz. Jakby przy modulacji o dużej rozpiętości tonalnej uciekało w trakcie za dużo powietrza i brakowało go do eleganckiego wykończenia. Szybkie poprawki techniczne (może bardziej miksem?) i będzie pięknie, bo Pan Wokalista tembr ma unikatowy (gdyby Chester miał większą rezonację w cleanach). Instrumentalnie, czasami było trochę za dużo przestrzeni (w tych bardziej dynamicznych częściach i solówkach)  — a grają na dwie gitary + bas! Nie przeczę, że nadmierne zagęszczanie dźwięków również nie służy, ale tutaj aż się prosi o więcej nutek. Poszalejcie, Panowie!

 

Ich styl określiłabym jako nie mieszankę, a blend hard rocka/metalu z wszystkim, co okoliczne. Wchodzą szczególnie w rejony metalcore’owe, prog- czy nu-metalowe (Linkin Park vibes mocno wyczuwalne, tak), nie tracąc groove’u jak niektórzy hard-rockowi klasycy. Jeśli ktoś zmusiłby mnie do określenia ich gatunkowo, poszłabym w art metal (który formalnie nie istnieje) albo heavy art-rock na art rocka są za „ciężcy”, a na awangardowy metal zbyt „lekcy”, natomiast elementy symfoniczne i elektroniczne zdecydowanie idą w kierunku „art”. Może to nawet nie kwestia poszczególnych wycinków utworów zawierających cechy charakterystyczne dla różnych gatunków, a nakładanie się estetyk, którymi owe gatunki operują, daje im ten niepowtarzalny efekt. Jedno jest pewne — jakaś nieuchwytna tajemniczość, intrygujące niedopowiedzenie. I naprawdę fantastycznie operują emocjonalnymi pejzażami w muzyce. Z pewnością wybiorę się na ich koncert przy najbliższej możliwej okazji.

 

 Martyna

 

  Linki:

 

FB: https://www.facebook.com/KinKpinband/

 

IG: https://www.instagram.com/kinkpin____band/

 

YT: https://www.youtube.com/channel/UCD8wYWmODTv2Hj5wfuavh0g

 

Spotify: https://open.spotify.com/artist/4SQgwaKAsLDG4kXRv0dzxk?si=ORIeQXUkRU6WUhlOmpuXeA&fbclid=IwAR3Jmw7Zu5U7A1c74vMoWI2y6I_CqAy1_c5esWB4lJSKoD-IB7tng6gurIw&nd=1

 

 

 

 

 

 

KRUSHER – Oblivion

Są zespoły, które już od razu zdają się pokazywać, że mają w sobie coś interesującego. Zdarza mi się trafić na wykonawców, o których zaczynam dobrze myśleć zanim w ogóle ich posłucham. Takim właśnie zespołem jest Krusher, który na przestrzeni niemal dwudziestu lat swojej działalności zdołał całkiem sporo osiągnąć, czego przykładem może być chociażby festiwal Krushfest, którego to Krusher jest pomysłodawcą oraz organizatorem. Ich aktywność wiąże się jednak oczywiście przede wszystkim z tworzeniem – jak dotąd ostatnim wydawnictwem zespołu jest wydany w 2020 roku album “Oblivion”, o którym możecie przeczytać w tym tekście.

Zmiany personalne również miały miejsce – prawdopodobnie najbardziej zauważalną z nich jest objęcie stanowiska wokalistki w 2007 roku przez Klaudię Kozień. Nazwa zespołu obca mi nie była, czasem przewijała mi się ona podczas przeglądania internetu. Nigdy jednak się nad nią nie pochylałem, co okazało się być sporym błędem. Zanim przystąpiłem do pierwszego odsłuchu, przeczucie podpowiadało mi, że “Oblivion” ma szansę celnie wpasować się w moje gusta. Nigdy nie ukrywałem mojej słabości do wokalistek podążających drogą metalu oraz rocka, a i połączenie heavy i thrash metalu, o którym można przeczytać w biografii zespołu, wydawało się być interesujące.

W rzeczy samej, cały materiał kipi żywą energią wspólną dla obu gatunków – bardziej melodyjną od strony heavy i bardziej agresywną od strony thrashu. W przypadku “Oblivion” granice pomiędzy nimi zdają się nieco rozmywać, między innymi dlatego, że żadna ze stron nie wybiega w skrajność. Ma to wpływ na ogólny odbiór, gdyż słuchacz nie doświadcza wrażenia panującego wszędzie chaosu. Zamiast tego występuje swego rodzaju porządek, w którym wszystko ma swoje miejsce – czy to szarpane, thrashowe riffy, czy to podniosłe solówki, czy to standardowe, heavymetalowe sekwencje. Wszystkie elementy udało się tak na siebie ponakładać, by nie zakłócić ogólnej formy całości.

Słuchacz nie uchroni się jednak przed intensywnością Krushera, podbitego mocnym, wyrazistym brzmieniem. Zespół wcale nie musi wszędzie osiągać wyżyn prędkości grania, by brzmieć ciężko i agresywnie. Udaje mu się to nawet w spokojniejszych fragmentach, których oczywiście nie brakuje. Całość skoncentrowana jest na zachowaniu równowagi w wielu aspektach, co łatwo zauważyć już przy pierwszym odsłuchu. Wystarczy porównać ze sobą nieco balladowe “Ruiny starego świata” i czysto thrashowe “Blitzkrieg”. Niby totalnie różne klimaty, ale w praktyce idealnie się to zazębia. A to tylko jeden z wielu przykładów, które można znaleźć na tym albumie.

Moim ulubionym z nich jest wokal. Wokal będący jednocześnie zapewne najjaśniejszym punktem całego materiału. Klaudia nie ogranicza się do jednego rodzaju ekspresji: nie boi się zarówno czystego śpiewu, jak i dużo bardziej agresywnego wokalu. Nie jest to zwykły, do bólu klasyczny growl, jego postać jest bardzo charakterystyczna – przede wszystkim nie ma problemu z rozpoznaniem, że za mikrofonem stoi kobieta, dzięki czemu całość zyskuje na indywidualności. Z jednej strony nic szczególnego i wyjątkowego, ale z drugiej podkreśla to charakter Krushera. Partie w “Nomophobia” czy też zwrotki we wspomnianym “Blitzkrieg” tylko potwierdzają tę tezę. W niektórych fragmentach dodatkowo nałożono pogłos, który swoją dyskretną obecnością akcentuje wybrane partie. Efekt? Rewelacja.

Co mi zatem nie odpowiada na tym albumie? W zasadzie tylko “dodatkowy” męski głos, tu z kolei już typowy, głęboki growl. W mojej opinii zupełnie niepotrzebny dodatek, który jednak za często się nie pojawia, choć najwięcej go w “Ruinach starego świata”, przez co utwór ten spada w moim osobistym rankingu utworów z albumu na sam dół – czyli zajmuje miejsce trzecie. Na pierwsze wskakują genialny w swojej warstwie instrumentalnej “Fading Sun” oraz “Blitzkrieg” – dlaczego, wyjaśniłem we wcześniejszych akapitach. Reszta plasuje się pomiędzy, ze względu na równy poziom (tu nie ma utworu stricte słabego), i fakt, że w rzeczywistości każda kompozycja ma jakieś swoje smaczki. Za każdym razem, gdy tego słuchałem, wyłapywałem ich coraz więcej, część z nich to w zasadzie kwestia pojedynczych sekund. O niektórych już wspomniałem, odkrycie reszty to już zadanie dla Was.

Podsumowując: zostaję z Krusherem na dłużej. Sprawdzę poprzednie wydawnictwa i będę śledzić jego aktywność. Lubię takie granie, i na pewno miało to wpływ na mój odbiór. Ale myślę, że i bez tego doceniłbym “Oblivion” jako dzieło wyraziste i konkretne. Poziom jest wysoki i słychać, że tworzący zespół muzycy mają już niemałe doświadczenie. To po prostu bardzo dobry metal – nie wychylający się w skrajności, za to czerpiący z tego, co najlepsze w tej stylistyce. A jak ktoś chce mieć do tego wszystkiego jeszcze mocny, charakterystyczny wokal, to zdecydowanie nie powinien być tym albumem rozczarowany.

https://www.facebook.com/KrusherPL

https://youtu.be/wG_rd70mtWU

https://youtu.be/N-p1ArLmS-E

Barlinecki Meloman

Utwór “Blitzkrieg” znalazł się na dwudziestym drugim notowaniu listy przebojów Radia R.E.C  Rock Metal TOP 30 – głos można oddać pod tym linkiem:

https://radio-elitacafe.pl/metal-top-30/