A TOUR OF THE CONCRETE JUNGLE EU/UK – BAD OMENS, GHØSTKID, OXYMORRONS, 10.02.2023, PALLADIUM, WARSZAWA
English-Polish mixed version for my little private social experiment.
Wersja polsko-angielska mieszana gwoli przeprowadzenia eksperymentu społecznego.
Let’s get down to business.
Przejdźmy do rzeczy.
OXYMORRONS

Nearly full house just before Oxymorrons entered the stage // Niemal pełna sala tuż przed wejściem na scenę Oxymorrons
An alternative act from NYC, Oxymorrons are fearless, bold, and fun. They make music that’s a banger hybrid of a few different genres, including rock, punk, and hip-hop/rap influences. Their lyrics are made of deep thinking, witty lines, smart metaphors, and catchy parts ideal for sing-alongs. Perfect mix.
Oxymorrons, alternatywny skład z Nowego Jorku, jest nieustraszony, odważny i zabawny. Tworzą muzykę będącą hybrydą rocka, punka i hip-hopu/rapu. Ich teksty zawierają głębokie przemyślenia, dowcipne wersy, inteligentne metafory i chwytliwe fragmenty idealne do sing-alongów na żywo. Mieszanka idealna.

Confession: I WHOLEHEARTEDLY ADORE THESE GUYS. It was love at the first sight. Or, maybe more precisely – first listen. Their energy on stage is truly unmatched, the music consists of bangers only, and yet their lyrics are poles apart from being hollow. Deep respect. I need their headline tour ASAP so that the boys can play some full-length sets. Seriously.
Wyznanie: Z CAŁEGO SERCA UWIELBIAM TYCH PANÓW. To była miłość od pierwszego wejrzenia. A może raczej pierwszego słyszenia. Ich energia na scenie jest niezrównana, grają wyłącznie bangery, a do tego ich teksty nie wieja pustka. Głęboki szacunek. Potrzebuję ich headline trasy ASAP, żeby chłopaki mogli grać pełnowymiarowe sety. Serio.
The band-crowd interactions during their show were on a whole another level. If you walked in with no idea they were the opening act, you would have never guessed it right. Warming up the audience takes them literally half of a song, tops (actually confirmed during the second show I’ve seen days later). The sing-along before Melanin Punk started, as well as clapping and cheering, was as loud as during the Bad Omens’ set!
Interakcje między zespołem a tłumem podczas ich występu były na iście kosmicznym poziomie. Gdybyś weszła/wszedł na koncert nie mając pojęcia, że są supportem, nigdy byś nie zgadł(a). Rozgrzanie publiczności zajmuje im dosłownie pół piosenki, i to w porywach (co potwierdziło się podczas ich drugiego koncertu, który widziałam kilka dni później). Sing-alongi przed rozpoczęciem Melanin Punk, klaskanie i wiwaty były tak głośne, jak podczas setu Bad Omens!

We had a very special moment, too, when Oxymorrons asked to light the house up just before Justice, saying “cause you see, how the music business works is bands don’t control anything. Fans control everything. Not bands, not labels, not corporations. You guys! Bands like us, Bad Omens, Ghøstkid, we go nowhere without you guys, and we love you guys.” Such a beautiful and truthful message!
Tuż przed Justice, Oxymorrons poprosili o wyciągnięcie latarek, mówiąc „Bo widzicie, biznes muzyczny działa tak, że zespoły nie kontrolują niczego. Fani kontrolują wszystko. Nie zespoły, nie wytwórnie, nie korporacje. Wy! Zespoły takie jak my, Bad Omens, Ghøstkid, bez was nigdzie się nie ruszymy i kochamy was.” Piękny i prawdziwy przekaz, totalnie poruszający moment.
Considering many people have heard them for the very first time, what they did to the audience during their show is an achievement to be proud of. Oxymorrons take no prisoners while making everyone have the time of their lives. Plus, they’re sweethearts and hang out at the merch table after the show, talking, smiling, and taking pics with the people. 2 R’S, NOT ONE!
Biorąc pod uwagę, że wiele osób słyszało ich po raz pierwszy, to, co zrobili z publicznością podczas swojego koncertu jest osiągnięciem, z którego można być naprawdę dumnym. Oxymorrons nie biorą jeńców, sprawiając, że wszyscy wyśmienicie się bawią. Przy okazji, są najbardziej uroczymi ludźmi ever i po koncercie wychodzą porozmawiać z ludźmi, pożartować i porobić fotki. 2 R’S, NOT ONE!

Setlist(a):
- Green Vision
- Enemy
- Django
- Melanin Punk (New)
- Look Alive (New)
- Justice
GHØSTKID
If you’ve ever wondered what did Sebastian “Sushi” Biesler do after he left Eskimo Callboy in 2020, he started a new, darker-sounding project, Ghøstkid. I can’t even start about how imaginative, gothy, sometimes Lynch-y (YØU & I), and sometimes even post-apocalyptic (SUPERNØVA) their music videos are. And the music itself, too. Like Marilyn Manson and an emo rapper had a kid who has started their own industrial band kind of vibe, and I’m so here for it.
Jeśli kiedykolwiek zastanawialiście się, co robił Sebastian „Sushi” Biesler po opuszczeniu Eskimo Callboy w 2020 roku, to założył nowy, mroczniej brzmiący projekt – Ghøstkid. Trudno jest opisać słowami to jak pomysłowe, gotyckie, czasem lynchowskie (YØU & I), a czasem wręcz post-apokaliptyczne (SUPERNØVA) są ich teledyski. Jak i sama muzyka. Gdyby Marilyn Manson i jakiś emo raper mieli dzieciaka, który założył własny zespół industrialny, to brzmiałby on dokładnie tak, jak Ghøstkid.

The crowd, left red-hot after Oxymorrons, had just a perfect amount of time to rest before Ghøstkid conquered the stage with their badass set. “We are just a fucking warm-up” – no, no, no, you’re made for big things, guys. For real. The party we all had during their set was incredible. Their music is literally perfect for screaming, jumping, headbanging, dancing, and yet still has that dark-wave vibe to it that keeps you on your toes. No wonder they had so many fans present in the house!
Tłum, rozgrzany do czerwoności po Oxymorrons, miał idealną ilość na ostygniecie, zanim Ghøstkid podbił scenę swoim badass setem. „Jesteśmy tylko pieprzoną rozgrzewką” – nie, nie, nie, jesteście stworzeni do wielkich rzeczy, chłopaki. For real. Impreza, którą zafundowali nam swoim setem była niesamowita. Ich muzyka jest dosłownie idealna do krzyczenia, skakania, headbangingu, tańczenia, a jednocześnie ma w sobie ten dark-wave’owy klimat, który trzyma cię w lekkim napięciu i nie puszcza. Nic dziwnego, że tak wiele gardeł odkrzyknęło nieartykułowane dźwięki na pytanie, kto słyszał o nich wcześniej!

A word about their stage presence in terms of aesthetics, as their looks are simply amazing. Kept in the same style as their music videos, they create atmosphere that is truly distinctive and definitely memorable. Add some lights and stage props with their vampire teeth logo, and it feels kind of like entering an old, gothic castle, or an ex-factory, arranged for an industrial party. If you’ve ever been to some cool, goth clubs in Berlin, it’s similar. Loved it.
Jeszcze słowo o ich prezencji scenicznej pod względem estetycznym, bo ich wygląd naprawdę robi wrażenie. Utrzymany jest w tym samym stylu, co teledyski, dzięki czemu tworzą specyficzną atmosferę, która zdecydowanie zapada w pamięć. Dodajmy do tego światła i rekwizyty sceniczne z logo ich wampirzych zębów, a poczujemy się jak w gotyckim zamku, albo w starej fabryce zaaranżowanej na industrialną imprezę. Jeśli kiedykolwiek byłeś/aś w jakimś przyzwoitym, gotyckim klubie w Berlinie, to dokładnie taki vibe. Loved it.
What kind of shook me personally was when Sebastian said that “I don’t know how the situation in Poland is, but in Germany, people are not buying tickets at all at the moment,” followed by thanks to the crowd. I never would have guessed it looks like that if you asked me. Should Polish fans pay you visits more often?
Co było dla mnie zadziwiające, to kiedy Sebastian powiedział, że „nie wiem jak wygląda sytuacja w Polsce, ale w Niemczech ludzie w ogóle nie kupują biletów w tej chwili”, po czym podziękował tłumowi. Nigdy bym nie przypuszczał, gdybyście mnie zapytali, że tak to wygląda. Czy polscy fani powinni częściej składać tam wizyty?

But the most surprising moment of the whole night was probably when Stanislaw, the bassist, got the mic and started… talking in Polish. The audience was rendered speechless for quite a minute, but started applauding as soon as they regained that lost grasp of reality. To say we were all shocked is like saying nothing at all. Astounded is a better match. Even his unexpected ascension to the balcony area didn’t evoke such an immense commotion!
Ale najbardziej zaskakującym momentem całej nocy był chyba ten, kiedy Stanisław, basista, dostał mikrofon i zaczął… mówić po polsku. Publiczność zaniemówiła na minutę, ale zaczęła bić brawo, gdy tylko odzyskała utracone poczucie rzeczywistości. Powiedzieć, że wszyscy byliśmy w szoku, to jak nie powiedzieć nic. Zdumienie to lepsze określenie na to, co malowało sie na twarzach. Nawet jego niespodziewane wejście na balkon nie wywołało tak ogromnego poruszenia!

I can also confirm that Ghøstkid are a great company to hang out with after the shows. Talking, taking pics, drinking – they’re up for it all, and incredibly amusing while doing it!
Mogę również potwierdzić, że Ghøstkid są świetnym towarzystwem do spędzania czasu po koncertach. Rozmowy, zdjęcia, picie – są gotowi na wszystko, a przy tym niesamowicie zabawni!
Setlist(a):
- FØØL
- START A FIGHT
- CRØWN
- HOLLYWOOD SUICIDE
- YØU & I
- DRTY
- UGLY
- THIS IS NØT HØLLYWØØD
- SUPERNØVA
BAD OMENS
Needless to introduce this band to the majority of people following the scene’s events. If you haven’t heard of their third self-made (yes, they self-produced it, too) album, The Death of Peace of Mind yet, you’re missing out – big time. Their unique, hypnotizing way of interweaving a diverse array of influences in every aspect of music (and not only music) creation makes many heads explode with that sightly-surprised-immense-pleasure feeling.
Tych Panów nie trzeba przedstawiać większości osób śledzących wydarzenia na scenie muzycznej. Jeśli jeszcze nie słyszałeś/aś jeszcze o ich trzecim self-made (i self-produced) albumie The Death of Peace of Mind, to wiele cię omija. Ich unikalny, hipnotyzujący sposób przeplatania różnorodnych wpływów w każdym aspekcie tworzenia muzyki (i nie tylko muzyki) sprawia, że wiele głów eksploduje od przemożnej, lekko związanej z zaskoczeniem, sonicznej przyjemności.

All photos from the Bad Omens set are by the one and only, Mr. Bryan Kirks (I love this guy’s shots, they’re incredible!) // Wszystkie zdjęcia z setu Bad Omens są autorstwa Bryana Kirksa (Uwielbiam tego człowieka, jego foty są niesamowite!)
Although some may say it’s no longer „real metalcore”, the band’s aspirations are far more than just merely holding a place within one genre. One can argue that they’ve ascended above the labels, creating a genre of their own, that will influence the music for many, many years to come. You just can’t sleep on this band. Alongside Sleep Token, they’re the main chills and goosebumps providers out there right now, and that’s not changing anytime soon.
Choć niektórzy mogą powiedzieć, że to już nie jest „prawdziwy metalcore”, to aspiracje zespołu są znacznie większe niż tylko utrzymywanie się w ramach jednego gatunku. Można powiedzieć, że wznieśli się ponad podziały, tworząc własny gatunek, który będzie miał wpływ na muzykę przez wiele, wiele lat. Tego zespołu po prostu nie można przespać. Obok Sleep Token, są obecnie głównymi dostarczycielami ciarek i w najbliższym czasie nic nie zapowiada zmian.
To anyone who has even once wondered if they are half as good live as we can hear on their records – go see them in action. They’re way better live. But beware, there’s a high chance of having your mind blown. Heads may actually roll, too.
Dla każdego, kto choć raz zastanawiał się, czy na żywo są choć w połowie tak dobrzy jak na płytach – zobaczcie ich w akcji. Na żywo są o niebo lepsi. Ale uwaga, istnieje duże prawdopodobieństwo, że zostaniecie mind-blown. Mogą pospadać głowy.
Naming it a “concert” would be a severe understatement, considering the perfectly well-thought use of every possible medium of expression available. Intermitting clips, lights, song arrangements, short speeches, even the little jumping jacks workout, everything was so on point, so fitting, so engaging! It was more like a fully prepared musical happening. Sounds like an oxymor(r)on (wink-wink), as “fully prepared” and “happening” are in somewhat of a clash, but it was really masterly prepared and involved the audience’s participation at the same time. If you have a better notion for describing it – let me know.
Nazwanie tego „koncertem” byłoby sporym niedopowiedzeniem, biorąc pod uwagę doskonale przemyślane wykorzystanie każdego możliwego środka wyrazu. Klipy między utworami, światła, aranżacje piosenek, krótkie przemówienia, nawet mały trening pajacykowy, wszystko było tak w punkt, tak dopasowane, tak wciągające! To był raczej w pełni przygotowany happening muzyczny. Brzmi jak oksymor(r)on (wink-wink), bo „w pełni przygotowany” i „happening” są w pewnym sensie przeciwieństwami, ale to było naprawdę mistrzowsko przygotowane i zarazem niesamowicie angażujące publikę. Jeśli macie lepsze pojęcie na opisanie tego – dajcie znać.
The audience’s screams, squeals, and growls could be heard from the very first footstep hitting the stage. With the venue’s concert capacity of 1500 people, it was crazy! And got even crazier with the passage of time. Imagine 1500 throats screaming the lyrics all the way through the set from the very first verse. Truly exhilarating. Literally insane. Undoubtedly the type of event I live for.
Krzyki, piski i wrzaski publiczności słychać było od pierwszego kroku postawionego na scenie. Przy pojemności koncertowej 1500 osób, to było czyste szaleństwo! A z biegiem czasu obłęd tylko nabierał rozpędu. Wyobraźcie sobie 1500 gardeł wykrzykujących teksty piosenek przez cały czas trwania setu od pierwszej zwrotki. Prawdziwa radość. Dosłownie szalone. Niewątpliwie jest to ten rodzaj eventu, dla którego żyję.
A wall of death during Nowhere To Go – achieved, and executed flawlessly. As was the mosh pit every time the audience felt like doing it. That happened about three to four times. Or more – I lost count as I was having way too much fun up on the balcony!
Ściana śmierci podczas Nowhere To Go – zrobiona i wykonana bezbłędnie. Podobnie jak mosh pit, za kazdym razem, kiedy tylko publiczność miała na to ochotę. Zdarzyło się to jakieś trzy, cztery razy. Albo więcej – straciłam rachubę, bo sama za dobrze się bawiłam na balkonie!
“Alright, Warsaw. It’s clear you know every single fucking song we’re gonna play. So that said, sing this last chorus loud as you can,” and oh my, we did. Singing Limits at the top of one’s lungs may turn out to be the most popular hobby in Poland. If you happen to have heard people screaming “If you’re throwing me to the lions, you should know I’m not scared of dying” on the 10th of February, now you know you’re not (that) crazy.
„No dobra, Warszawo. To jasne, że znacie każdą piosenkę, którą zagramy. Zaśpiewajcie ten ostatni refren tak głośno, jak tylko możecie” i ojej, zrobiliśmy to, jeszcze jak. Wrzeszczenie Limits wniebogłosy może okazać się najpopularniejszym hobby w Polsce. Jeśli zdarzyło ci się przypadkiem słyszeć ludzi krzyczących “If you’re throwing me to the lions, you should know I’m not scared of dying” 10 lutego, teraz wiesz, że nie jesteś (aż tak) szalony.
The moment Noah said: “Poland… You may be the loudest crowd in this whole fucking tour so far,” everyone went NUTS. As if we weren’t earlier! Never in my entire concert-attending career (and that includes some big names) have I heard a crowd screaming so consistently loudly.
W momencie, kiedy Noah powiedział: „Polsko… Możliwe, że jesteście najgłoszniejszą publiką w całej tej dotychczasowej trasie”, wszyscy dosłownie stracili głowy… Jakby ktoś jakąś jeszcze miał! Nigdy w całej swojej koncertowej karierze (a obejmuje to kilka dużych nazw/isk) nie słyszałam tłumu krzyczącego tak konsekwentnie głośno.
The whole set’s order and song choice was impeccable. Differentiating between the three albums and the atmosphere, we were served a vibrant palette of emotional states, like true queens and kings. Everyone was cheering, dancing (or moshing, if preferred), singing (or screaming), with occasional tears falling along. Out of all the people I asked after the show, every single one had a great time!
Kolejność i dobór utworów w całym secie był nienaganny. Różnicując trzy albumy i atmosferę, zaserwowano nam żywą paletę stanów emocjonalnych niczym królowym i królom. Każda obecna jednostka bawiła się, tańczyła (lub moshowała, wedle uznania), śpiewała (lub wrzeszczała), czasami nawet toczyły się łezki. Spośród wszystkich osób, które pytałem po koncercie, każda z nich świetnie się bawiła!
This whole thing was sublime, bordering on… Scratch that, it actually was a spiritual experience, judging from the looks on many, many faces present there (take a look at Bryan’s photos!). Something like being enchanted to forget about the existence of the world outside for slightly more than an hour. These guys create an atmosphere that’s more immersive than any VR game ever made. It’s almost alive on its own, if you know what I mean. Raw, authentic, intense, emotional. Would definitely do it again a million and one time. (To be honest I already did, a few days later. And will again, in another few. That’s how good this band is.)
Całość była wręcz wykwintna, granicząca z… Wróć, to właściwie było duchowe doświadczenie, wnosząc po widoku wielu, wielu obecnych twarzy (zerknijcie na foty Bryana!). Niczym bycie zaczarowanym by zapomnieć o istnieniu świata zewnętrznego na nieco ponad godzinę. Panowie tworzą atmosferę, która jest bardziej wciągająca niż jakakolwiek gra VR. Niczym żywe stworzenie samo w sobie, surowe, autentyczne, intensywne i emocjonalne. Zobaczyłabym ich ponownie jeszcze milion i jeden raz. (Właściwie zrobiłam to kilka dni później. I zrobię to ponownie, za kolejne kilka. Tak dobry jest ten zespół).
Setlist(a):
- CONCRETE JUNGLE
- ARTIFICIAL SUICIDE
- Nowhere To Go
- Glass Houses
- The Grey
- Never Know
- Mercy
- Who are you?
- Limits
- IDWT$
- What It Cost
- Like A Villain
- Just Pretend
Encore:
- THE DEATH OF PEACE OF MIND
- Dethrone
- What do you want from me?
SPECIAL THANKS SECTION:
To the bands – obviously! Thank you all for that unforgettable experience!
To Steven, for saving the day at the merch table, multiple times – you’re awesome!
To Bryan, for the mesmerizing shots and being so kind – you’re awesome, too!
To every audio engineer involved – thank you! First gig ever where I didn’t even need any plugs and my ears were perfectly sound 🙂 the next day!
To every other crew member for their hard work and for making this tour happen – thank you!
A very big thanks to Miles and Sam for giving me the opportunity to take part in and review the show!
Martyna
Links:
BAD OMENS:
https://www.facebook.com/badomensofficial
https://www.instagram.com/badomensofficial/
https://www.youtube.com/channel/UCre_5futd_kGkrSlL83n3pw
https://music.apple.com/us/artist/bad-omens/467610583
ISOLATED VOCALS FOR “THE DEATH OF PEACE OF MIND” PLAYLIST: https://www.youtube.com/playlist?list=PLH22-xSMERQqzUD6QP21D0VBenehtCcpD
GHØSTKID
https://www.facebook.com/ghostkidofficial
https://www.instagram.com/ghostkiddo/
https://www.youtube.com/channel/UCsp-_mUeq7S87lZXZe_kTWQ
OXYMORRONS
https://www.instagram.com/oxymorrons/?hl=en
https://music.apple.com/pl/album/enemy-single/1660984037
https://www.youtube.com/@OxymorronsTV
https://www.facebook.com/Oxymorrons
BRYAN KIRKS
https://www.instagram.com/brybarian/?hl=en
https://bryankirksprints.etsy.com/
STEVEN HENDRICKSON
https://www.instagram.com/stevenxtimothy/?hl=en
https://www.instagram.com/stevenxfilm/?hl=en
MATT DIERKES
https://www.instagram.com/mattxdierkes/?hl=en
https://twitter.com/mattxdierkes/
ME 🙂
https://www.instagram.com/xiiroe/
“Dobrze”, czyli właściwie jak?
Inspiracja, jedna z wielu: “Catching the Big Fish. Meditation, Consciousness and Creativity” – D. Lynch
Nie wiem, czy podzielacie tę opinię, ale zawsze uważałam, że wszystkie dziedziny sztuki są niczym naczynia połączone. Być może nie widać tego po przysłowiowych okładkach, jednak wnikliwy obserwator z łatwością dostrzeże analogie, dotyczące, chociażby, rozwoju procesu twórczego. Aby omówić głębiej ten temat, wyróżnię roboczo cztery kategorie:
- “Świeżaczki” – czyli ci, którzy dopiero zaczynają, pełni entuzjazmu i zapału, ale z wątłym warsztatem. Często zaczynają od coverów.
- “Ej, popatrz, mamy już styl” – nasze “Świeżaczki” dotarły do drugiej bazy. Rozwinęły swoje umiejętności na tyle, by zaczął się (niespiesznie) formować ich indywidualny charakter twórczy.
- “Konkretni, wyraziści” – na tym etapie wiedzą już, czego chcą. Szala przechyla się coraz mocniej w stronę wiedzy eksperckiej. Duże zasoby warsztatowe, często właśnie wtedy odnoszą jakiś większy (lub mniejszy, ale nie życzę) sukces.
- “Niegatunkowalni”, tudzież “Sami jesteśmy sobie gatunkiem, handluj z tym” – wyjadacze. Posługują się warsztatem z uwzględnieniem najdrobniejszych subtelności. Twórczość często wyraża ich lepiej, niż słowo (o ile nie są to, oczywiście, pisarze, choć polemizowałabym i z tym twierdzeniem). Posiada grawitację/magnetyzm (ale Mesmer[1] idź do domu)/aurę (do wyboru, do koloru), która wali autentycznością po oczach niczym długie światła kierowcy z naprzeciwka w cichą, ciemną noc. Jest niemal niemożliwym podrobienie czegoś takiego; no chyba, że osiągnie się podobny poziom WW — warsztatu i wrażliwości (trudne + współzależne).
Osobiście postrzegam te kategorie jako swoiste fazy rozwoju twórczego. Nie zawsze są one chronologiczne. Nie każdy przechodzi wszystkie. Z pewnością można uprawiać parkour pomiędzy poszczególnymi etapami. Zazwyczaj jednak najpierw kopiujemy celem doskonalenia warsztatu. Nie musi to wcale być twórczość innych artystów; równie dobrze można odtwarzać rzeczywistość w jakimkolwiek jej aspekcie. Dzięki nabywaniu kompetencji w przekazywaniu komunikatów przy pomocy środków wyrazu odmiennych niż znane dotychczas, stopniowo przychodzą do głowy własne pomysły, początkowo będące zwykle pod znacznym wpływem innych twórców, czy samego życia. Widać to bardzo ładnie na przykładzie “dojrzewania” tekstów. Te pierwsze zawierać będą treści zbliżone do większości, tj. obyczajowe. Z biegiem czasu (= rozwojem WW) mają tendencje do zwiększania poziomu abstrakcji poruszanej tematyki i środków wyrazu; częściej niż konkretnych wydarzeń dotykając idei, czyniąc tym samym twórczość mniej oczywistą.
Muzyka, będąc jednym z języków artystycznego wyrazu, także podlega temu procesowi. Bardziej wprawiony warsztatowo artysta posługuje się nią jak językiem ojczystym, kreując wrażenia zgodne ze swoim zamysłem, precyzyjnie niczym pociągnięciami pędzla malując muzyczny krajobraz przed oczyma słuchacza. Niektórzy wybierają drogę bardziej zbliżoną impresjonistom, jako cel stawiając sobie oddanie chwili; inni wolą hiperrealizm; kolejni obiorą drogę na tyle abstrakcyjną, na ile pozwoli im własny mózg. Są też i tacy szaleńcy, którzy wszystkiego pragną spróbować — im, z pewnością, doskonalenie warsztatu zajmie dłużej, ale rezultaty… cóż, bywa, że te wyprostują zwoje, wyrwą z kaloszków i nie pozwolą spać w nocy. W najlepszym sensie.
Czymże więc jest tytułowe “dobrze”? Na to pytanie, drogi Czytelniku, musisz już odpowiedzieć sobie sam. Jedno jest pewne — im autor bliższy, bardziej “oddany” swej idei (nawet, gdy zajdzie potrzeba przemiany jej w toku tworzenia dzieła), im precyzyjniej umiejętności pozwalają mu wydobyć ów zamysł z czeluści własnego umysłu, tym wrażenia głębsze, wyrazistsze, bardziej rzeczywiste. Cierpliwości!
Martyna
[1] Służę wyjaśnieniem dla dociekliwych: https://journals.pan.pl/dlibra/publication/122698/edition/106964/content [„Krótkie wprowadzenie do mesmeryzmu”, s.164]
Wysoce subiektywny mini-przegląd 1
Do nowych* zespołów podchodzę zwykle jak pies do jeża. Nie z obawy przed dostaniem z kolca, raczej w drugą stronę – obawiam się, że jeśli tego jeża za mocno przycisnę, to wypłyną mu oczy, albo w najlepszym wypadku ucieknie. Jest jeszcze jeden powód: młode jeże mają to do siebie, że trudno im przetrwać kilka pierwszych miesięcy. A jeśli człowiek zdąży się nimi rozentuzjazmować, to jest trochę tak, jakby odszedł ukochany chomik. Mój na przykład skoczył z siódmego piętra bez spadochronu – znam ten stan.
Czy to jakkolwiek powstrzymuje mnie przed inwestowaniem rozmaitych zasobów w muzyczne nowinki? Otóż absolutnie nie. Czy to trochę masochizm? Być może, ale zdecydowanie warty świeczki. Obserwowanie takich świeżynek w procesie ewolucji przejmowania muzycznego tronu jest trochę jak uczestniczenie w rozwoju własnych dzieci (ludzkich, tudzież futerkowych). Potrafi przyprawić o całe stado siwizny na głowie, ale satysfakcja gwarantowana. Poza tym – kto inny niż oni zastąpi współczesne legendy?
Przesłuchuję sobie ostatnio dokonania rodzimych młodzików i czuję, jak wszelka siwizna dokonuje odwrotu. Dumnie wypinam pierś do przodu. Momentami nie dowierzam własnym uszom i oczom, że to nie jakiś zagraniczny gigant o ugruntowanej pozycji na rynku, a nasza polska produkcja. Taki profesjonalizm mimo zaledwie kilku lat istnienia? Wow. Część nawet nawraca mnie na drogę docenienia ojczysto-języcznych tekstów. Choć, jak pisał klasyk, Polacy nie gęsi, to nasza mowa jest dość niewygodna w użytkowaniu muzycznym. Czapki z głów dla śmiałków podejmujących się tego wyzwania.
Alt Age, fotografia autorstwa Kevina Majchrzaka pochodzi z oficjalnego FB zespołu
Zapoznając się na przykład z twórczością Alt Age, moim pierwszym wrażeniem było – proszę oszczędzić mnie za to porównanie – „O rany, laska ma głos jak mix starej Dody (tu: https://www.youtube.com/watch?v=5UUIGPFtDy4) i Ewy Farnej! (np. tu: https://www.youtube.com/watch?v=nxKwuzU50Eo)”. Tym, co mój mózg chciał przez to przekazać, to mocny, głęboki, damski wokal. Ktoś tu wie, gdzie leży przepona. Ale! Teksty, proszę Państwa. Teksty są po polsku. Osobiście preferuję te o dłuższej dacie przydatności do spożycia (czyt. niedawne), ale zestawienie ich ze starszymi, choć nie dzieli ich szmat czasu, pięknie pokazuje proces dojrzewania pewnych przemyśleń. Pani wokalistka robi też świetne covery, wśród których znalazła się nawet pewna japońska perełka z anime Nana (w oryginale wykonywana przez Annę Tsuchiyę). Służę linkiem do coveru: https://www.youtube.com/watch?v=Qyo4BkgaO6o.
(Równie godni uwagi Panowie muzykanci muszą mi dziś wybaczyć nietakt pominięcia w opisie. Tak to jest, jak się ma przyciągającą uwagę kobietę w składzie. Jeszcze się policzymy).
1965, zdjęcie z oficjalnego FB zespołu
Choć nie bardzo można określić ich jako nowy zespół, jako że powstali gdzieś w okolicach 2015 r. i mają na koncie już dwa wydawnictwa, Panowie z 1965 zasługują na zdecydowanie większą uwagę publiczności. Grają naprawdę mięsistego rock’n’rolla. Piszą, że inspirowali ich Motley Crue, Monster Magnet, Velvet Revolver i Alice in Chains. Gdy dodacie do tej mieszanki garść space rocka, wyłonią się oni – „sugar, spice, and everything nice”. Jeśli jesteście za pan brat z klimatami obowiązującymi na pleszewskim Red Smoke Festival czy krakowskim Soulstone Gathering, twórczość 1965 z dużym prawdopodobieństwem wpadnie wam w ucho i rozgości się tam wygodnie na dłużej. Ich drugi album, Panther (https://1965official.bandcamp.com/album/panther – polecam na BandCampie; lepsza jakość), jest niczym wycieczka do (albo wraz z) Palm Desert w okularach przeciwsłonecznych rodem z lat 90. i lateksowych legginsach w panterkę. Słuchając natomiast Too young to die z ich pierwszego wydawnictwa High Time (https://1965official.bandcamp.com/album/high-time), ulegałam wrażeniu wciągnięcia do maszyny wskrzeszającej stary, dobry, wielkoczwórkowy grunge – przeciągnięte sylaby i chórki niczym z albumu Above od Mad Season rozdzielające mocniejsze zwrotki. To co, z kim widzę się na piątkowym koncercie w warszawskich 2Kołach?
Error Label – foto z oficjalnego FB zespołu
Będąc po uszy w rock’n’rollu – znacie Error Label? Weźcie Panterę, starą Metallicę (jak np. ta z czasów Load), kawałek Led Zeppelin i wrzućcie to, wstrząśnięte, nie zmieszane, do gara, doprawiając lekkością i szczyptą southernu. Mniam. Dodatkowo Panowie robią rzeczy tak dopracowane, jakby siedzieli w tym biznesie od 20 lat, swobodnie przy tym czerpiąc z zasobów okolicznych gatunków. Pod wpływem głosu wokalisty można nawet zacząć podejrzewać, że to jakiś tajny projekt Phila Anselmo, który dopiero teraz ujrzał światło dzienne, albo co najmniej jego (sporo) młodszy brat. Sztos, chcę więcej! PS: Chicks definitely do dig it. Można ich znaleźć tu: https://errorlabel.bandcamp.com/releases, lub tu: https://open.spotify.com/artist/61AGIX3jTK63IAECmVwhxX?si=GcJhMjDNSrS-FLgPE7MhFg.
Przemożnym optymizmem napawa fakt, że przedstawione wyżej perełki to krople w morzu. Nie tracąc zatem czasu na zbędne podsumowania, oddelegowuję się celem dalszego zgłębiania przestworzy muzycznych oceanów. Do napisania!
Martyna
* Nowych = zarówno nowo-powstałych, jak i tych, które są dopiero w trakcie zjednywania sobie przychylności słuchaczy = nie starych, nieposiadających dużego dorobku muzycznego. Termin używany jest w tekście raczej swobodnie.
Wysoce subiektywny mini-przegląd 2
Nadszedł czas. Oto w dzisiejszym dekrecie, poza swą niewątpliwie (i uporczywie) subiektywną opinią, zamierzam wyjawić jedno ze ściśle tajnych kryteriów doboru przedstawianych w mini-przeglądach zespołów. „Ciemno wszędzie, głucho wszędzie, Co to będzie, co to będzie?”[1]
Części tej zawiłej machiny jest kilka. Prócz mojego niesamowicie skutecznego, autorskiego przepisu na artystyczną sławę (przed użyciem skonsultuj się z lekarzem lub farmaceutą…), który to przedstawiłam w poprzedzającym felietonie, istnieje jeszcze coś takiego, jak rozróżnienie składowych dzieła na elementy odbiorcy znane i (jeszcze) nieznane. I to akurat ma pewne pokrycie w naukowej rzeczywistości.
Nie będę się za bardzo wgłębiać w szczegóły funkcjonowania ludzkiego mózgu, choć o tym mogłabym pisać osobną kolumnę (dociekliwych zapraszam do ewentualnych dyskusji prywatnie). Skądinąd wiadomo jednak, że ludzie potrzebują odpowiednich dla siebie proporcji elementów znanych i nieznanych, aby zwiększała się przyjemność odczuwana podczas wykonywania danej aktywności rozrywkowej (ale nie tylko!) – tutaj: słuchania muzyki. Czyli co, robiąc kawałek, trzeba wziąć sobie solówkę od Black Sabbath albo Iron Maiden, wokalistę z głosem jak Robert Plant czy Eddie Vedder, a sekcja rytmiczna niech sobie będzie kreatywna? No, nie do końca.
Człowieki mają to do siebie, że z natury nie są jakoś szczególnie oryginalne. Naprawdę. Wszystko, co robimy, to połączenie tego, z czym się już spotkaliśmy – realnie lub w formie abstrakcyjnej. A mama mówiła, nie oglądaj horrorów, bo zostaniesz seryjnym mordercą… (to nie takie proste). Ale! To właśnie połączenie może dostarczyć na tyle nowych elementów, że wszystkie szczęki w promieniu kilometra spadną na podłogę, jakby ktoś poprzecinał więzadła mięśni żwaczy (ups…).
No dobra, ale po czym to poznać? Trudno odpowiedzieć na takie pytanie jednoznacznie. Każdy ma inne muzyczne doświadczenia, więc „znane” jest różne w zależności od osoby. To samo z „nieznanym”. Dołóżmy jeszcze fakt, że każdy będzie preferował inne proporcje „znanego” i „nieznanego”… Cóż, to skomplikowane.
Ciekawie jednak obserwuje się to na podstawie poziomu zaabsorbowania słuchacza. Taki, któremu trafi się w gust, zacznie się bujać, tupać nóżką, kiwać główką, albo, w odpowiednich okolicznościach (miejmy nadzieję), rozentuzjazmowany wpadnie w mosh pit, a po wszystkim uda się zastąpić przepoconą koszulkę nowiusieńką, merchową. Tak właśnie widzę fanów na koncercie pierwszego z zespołów, które chciałabym dziś przybliżyć.
Bad Impression, fotografia z FB zespołu
Bad Impression – “Bad Attitude” – o, jak to buja! Środek ciężkości gdzieś miedzy rock’n’rollowym bluesem a southernem. Mocny, szorstki wokal, solóweczki chwytliwe, basik taki, jak lubię – wyrazisty i niezależny (+ czy me piękne uszy słyszą slap?), choć nadal zharmonizowany, perkusja miarowo, acz zdecydowanie wytacza muzyczne działa. Na wszystko mamy odpowiednio dużo miejsca do wybrzmienia, ale nie wieje pustką, a dokładając do całości zmiany tempa mamy dynamikę i siłę ciążenia “Walk” Pantery. Oczyma wyobraźni widzę te pogujące pod sceną tłumy. (I mają cowbell!) Mini minus za chwiejące się momentami wokale, ale przy takim poziomie zaangażowania to absolutnie wybaczalne.
Linki:
https://badimpression.bandcamp.com/
https://www.youtube.com/channel/UCS6IQLOdRiXKYfnPdSqvR-g
https://www.facebook.com/badimpressionband
https://www.instagram.com/badimpressionband/
Czasami jednak bywa tak, że z rozmaitych przyczyn potrzebujemy poczuć się niczym otuleni ciepłym kocykiem, siedząc przed kominkiem, dzierżąc w dłoni kubeczek z kakałkiem (choć skłaniałabym się raczej ku jakiemuś skuteczniejszemu trunkowi). Chcecie? Macie!
Logo Cellar Pillow z FB (nie mają niestety zdjęć, ale mają za to bardzo ładne obrazki!)
Cellar Pillow – słuchałam (późnym dla śmiertelników) wieczorem i sądzę, że jest to pora idealna na tego typu refleksyjne granie (proszę nie mylić z „nużące”, tudzież „ciągnące niczym porządna krówka”; refleksje miewać można dynamiczne, czyż nie?). Od muzycznych wstążeczek gęsto tu jak w amazońskiej dżungli, ale nie odczujecie ciężaru – wręcz przeciwnie, to zagmatwanie ma wagę (kilograma 😉 pierza. Z jednej strony kawałki z gitarowym dyskursem (“Elephant and Bumblebee”), z drugiej elektroniczno-oniryczne (“Pocketsize Waterfall” – Dead Can Dance spotyka Kraftwerk, ale z przewagą pierwszego). “Among the Trees a Figure of Light” – wschód słońca! (słonia? (:) Ale taki miły, latem, nad jeziorem, wyczekany, nie musicie iść do pracy, pełen chill…
Linki:
https://cellarpillow.bandcamp.com/
https://www.youtube.com/channel/UCN1oHpjNNS-c5hSJzTy_gxg
https://www.facebook.com/cellar.pillow/
Są też tacy, co zwyczajnie lubią komplikować sobie życie (hm, brzmi znajomo). Rozmyślać na poważne, życiowe (albo i nie) tematy, ba, wręcz o nich dyskutować, jeśli znajdzie się śmiałek podejmujący temat. Dyskutować można różnie – ze znajomymi, mamą, kotem. Można do lustra, z książkami, albo wewnętrznie – klasyczny filmowy motyw aniołka i diabełka namawiającego bohatera do dwóch przeciwstawnych opcji. Trochę niepokojącym jest rozmawianie np. z podłogą albo gołębiem zza szyby, ale są przecież na tym świecie rzeczy, które nie śniły się podobno nawet fizjologom. Dyskutować można i muzycznie – wtedy grono odbiorców jest szerokie, choć niekoniecznie jakoś bardzo responsywne. Dodając do tego lekką prowokację, mocarny, damski wokal i ciekawe zagrywki, macie przepis na kolejnych bohaterów dzisiejszego odcinka.
Dead Saint’s Bitch, fotografia z FB zespołu autorstwa Aliny Żemojdzin
Dead Saint’s Bitch – bardzo obiecujący materiał, głos wokalistki jest tak mocny, jakby napiła się z kociołka Panoramixa (Jinjer i Arch Enemy przychodzą mi do głowy wprost automatycznie), muzykalia ciekawe; niestandardowe połączenia, szczególnie pod względem tonacji bywa mocno nieszablonowo. Również koncept zespołu trafia mi w gust jako lekko cyniczny i (już bardziej) kontrowersyjny, dotykający kwestii społecznych problemów. Jedyne osobiste zastrzeżenie leży w tym, że niekiedy dzielą mi się na 3 warstwy: wokal, gitary i perkusję, ale nie wykluczam celowości tego zabiegu.
Linki:
https://deadsaintsbitch.bandcamp.com/
https://www.youtube.com/channel/UCzibQvmLul47-dVFW0r28og
https://www.facebook.com/DeadSaintsGdansk
Skoro to wszystko od wszystkiego zależy, to co właściwie miałam konkretnie na myśli z tym kryterium? Och, żebym to ja sama wiedziała.
Martyna
[1] To z „Dziadów” cz. II Mickiewicza.











