Chorzy – Impreza zamknięta w sobie

chorzy-recenzja

Ostatnio wpadła mi w ręce „Impreza zamknięta w sobie” szczecińskiej formacji Chorzy. Wydawnictwo przesłuchałem w całości i powiem szczerze, że dawno nie słyszałem czegoś podobnego.

W pierwszej chwili, dosłownie po kilkunastu dźwiękach, bardzo podbudowało mnie to, że w tym kraju zdominowanym przez ostatnie kilka lat przez, z małymi wyjątkami, średnio zagranym death-metalem i to “średnio” jest i tak bardzo naciągane, funkcjonuje ktoś taki. Muzycy  formacji Chorzy mają swój własny pomysł na granie czegoś innego i robią to doskonale. Jest tu oczywiście sporo inspiracji starym rockiem czy wręcz początkami heavy metalu, ale akurat w tym wypadku w ogóle to nie przeszkadza. Pokusiłbym się nawet o stwierdzenie, iż dodaje kompozycjom  zawartym na płycie tak zwanego „kopa”, umiejętnie porcjowanego w adekwatnych do kompozycji dawkach. Trochę starego Lombardu, trochę Krzysztofa  “Grabaża” Grabowskiego, gdzieniegdzie da się nawet usłyszeć riffy przypominające Led Zeppelin, czy zabarwione niemalże „nirvanowym” stylem prowadzenia wokalu w połączeniu z elementami hard rocka w stylu lat ’90 – Don’t mess with a lot of me, ale wszystko to bardzo dobrze ze sobą współbrzmi, zwyczajnie „nie boli” i wchodzi doskonale.

Również teksty zawarte w utworach, wyśmiewają zaaferowanie „gimbazy” i reszty dzisiejszego społeczeństwa,  mediami społecznościowymi. Poczynając od „SnapChata”, „Facebooka”, „Instagrama”  a kończąc na całej reszcie, piętnując w inteligentny acz przewrotny sposób, chęć zaistnienia w nich, nad realne problemy w otaczających świecie. 

Już pierwszy utwór na płycie: „Jeszcze zapłoną parkiety” jest kwintesencją dzisiejszych tak zwanych „spotkań towarzyskich”. Wszystko jednak w odpowiednio wyważonej dawce, zabarwionej specyficzną ironią. Oczywiście teksty nie traktują wyłącznie o tym. Poruszają również wewnętrzne, rozterki jakich doświadczamy w codziennym życiu a przemyślane kombinacje gatunków, nadają każdemu z utworów na tej płycie, swoistego oryginalnego smaku.

Fix your monster”, powiem szczerze, że mam kłopot z tym numerem i to nie dlatego, że jest on zły wręcz przeciwnie. Problem leży raczej w tym, iż kojarzy się ze wszystkim i absolutnie z niczym i właśnie na tym to polega. Ciekawe połączenie polskiej zwrotki angielskim refrenem oraz kolejnym, przerzuconym między wierszami przekazem, odwiecznej walki Jeckylla z Hyde’em, wewnątrz każdego z nas   

Szkoda serca na botoks”. Kompozycja w stylu protest songów i całkowicie słusznie. Tytułowy botoks nawiązuje do zatracenia własnej osobowości oraz tak zwanego „płynięcia z prądem” –  głupoty, kłamstw i chęci dopasowania się do spłaszczonych wartości.

Utwór „Ciężki rap ale lekki podkład” to ciekawe połącznie kilku gatunków, począwszy od wspominanych wcześniej Zeppelin-owych riffów, poprzez SKA aż do typowej rapowej melorecytacji. Chorzy w inteligentny jednakże dosadny sposób, piętnują  podziały dzisiejszego społeczeństwa, zawężenie horyzontów, nastawienie na konsumpcje, brak refleksji nad problemami, które przeradzają się w patologie oraz upadek autorytetów jak choćby przysłowiowi a wspomniani w tekście: „Romeo I Julia”.

Tytułowa „Impreza zamknięta w sobie” to utwór niemalże funkowy i to z najlepszych lat tego gatunku. Kolejna kompozycja, która we właściwym muzykom stylu, opisuje typowo „zamkniętą imprezę”. Zamkniętą w smartfonach i wyimaginowanych patriotycznych dyskusjach po spożyciu, Jakże typowych na dzisiejszych „imprezach”. 

Kolejną zabawę gatunkami, którą Chorzy prowadzą przez cały krążek, usłyszymy w  “Gdzie posiałem dżez“, ciekawie zaaranżowane, już na samym początku, przejście z tytułowego jazzu właśnie do niemal punkrockowego riffu.

„Open your nevermind“, krótka w porównaniu do innych kompozycja , aczkolwiek treściwa, zagrana trochę w “sabbatowym” stylu z domieszką, czegoś na kształt Linkin Park. To utwór, który, mógłby wprowadzić lekkie zaszufladkowanie, gdyż na pierwszy „rzut ucha” jest jakby z innej bajki. Nic bardziej mylnego. Po prawie, jak pisałem wyżej, punkrockowym „Gdzie posiałem dżez”, jest doskonałym przejściem do happy-endowego „Trafo”.

Pomimo tych wszystkich zabiegów muzycznych a raczej dzięki temu, nie można jednoznacznie  sklasyfikować tego krążka ani zaszufladkować go do konkretnego gatunku. I bardzo dobrze. Podsumowując. Płyta mnie nie znudziła. Jest to jeden z niewielu albumów do których mogę wrócić i wracać będę, bo warto.

No tak. Płyta, płytą ale klasę formacji najlepiej widać na scenie I tutaj Panowie pokazują na co ich stać. Lubią robić to co robią i bawią się tym, do tego solidny warsztat muzyczny, powoduje, że na koncertach wypadają bardzo dobrze, również a może zwłaszcza wokalnie. Specyfika muzyki, nie powoduje raczej „ścian śmierci” ani nie zachęca do tzw. „pogowania” czy „headbangingu”, pozwala za to skupić się na przekazie jaki ma do zaoferowania zespół. Ogólnie mnóstwo ciekawej, dobrze skomponowanej i zagranej muzyki, której bardzo mało ostatnio na naszym rynku.

Mariusz “Maniek” Markowski – Metalowa Jazda

Leave a Comment