Motyw oceniania książki po tytule (nazwie) ostatnio pojawia się tu dość często, zdaję sobie z tego sprawę. Ale co mam robić w sytuacji, kiedy trafia do mnie płyta zespołu o dźwięcznej, wręcz poetyckiej nazwie VomitvanctvS? No nie da się inaczej – pierwsze wrażenie musi się oprzeć na tym, co ludzkie oko widzi. A na okładce albumu „Secretion of Contempt”, poza zszarganym logo, widzi majestatyczny obraz budzący skojarzenia z… tak, śmiercią! To musi być death metal. Chociaż tutaj wyobraźnia mogła się bardziej zapędzić, snując myśli o zatęchłym grindcorze. Tak czy inaczej, debiutancki album VomitvsanctvS coś z grindem wspólnego niewątpliwie ma… Nadszedł w końcu czas, by rozprawić się z tym materiałem.

 

Pochodzący z Ełku zespół podtrzymuje wokół siebie pewną aurę tajemniczości. Robi to jednak w sposób dosyć w środowisku rozpowszechniony – sami muzycy (z wyjątkiem bębniarza, co swego oblicza nie zakrywa) nie pozostają również w pełni anonimowi, mimo noszenia zakrywających twarz masek, przywołujących skojarzenia z… tak, zgadliście – z oprawcami. Czyli po serwowanych przez trio brzmieniach można się spodziewać agresji, brutalności, dźwiękowej przemocy, dobrym tropem idę? „Secretion of Contempt” to niewiele ponad pół godziny mięsistego grania – składa się na to osiem kompozycji mocno w swej naturze prymitywnych, i nie mam tu na myśli samych dźwięków, wszak zespołowi umiejętności posługiwania się instrumentami nie brakuje. Pozostaje tylko kwestia, jak to wszystko jest podane. Trudno uciec od tej wszędobylskiej stęchlizny, surowości i muzycznego odcięcia się od technologicznych dóbr. Krążek pozbawiony jest jakichkolwiek elementów łagodzących, czy też usprawniających odsłuch. Nie jest to jeszcze takie do bólu perfidne zezwierzęcenie, ale specyficznej prostackości zespołowi odmówić nie można. To dobrze czy źle? Oczywiście wszystko zależy od punktu widzenia.

 

VomitvsanctvS – „Pestilence”

 

Gęsto, brudno i siermiężnie – na tym zwrocie mógłbym właściwie zakończyć recenzję. Od albumu wręcz bije hasło „home-made”, choć sam w sobie brzmi on całkiem nieźle. Wyrywa się ta momentami wręcz drażniąca (z premedytacją, jak mniemam) surowość. Nie chcę tutaj używać odmian słowa „amatorskie”, bo ryzyko że rozminę się z faktyczną intencją jest zbyt wysokie. Materiał został zarejestrowany bez pomocy jakiegoś dużego studia, w którym zostałoby wymuskane wszystko plus jeszcze parę rzeczy, i to słychać. Ale na styl demówki wciąż jest zdecydowanie za ładnie. „Secretion of Contempt” stoi gdzieś pomiędzy, serwując death metal o dość piwnicznym klimacie, być może skłaniający się ku którejś połowie lat 90. – nie wchłoniecie każdego dźwięku, nie usłyszycie tych mniejszych różnic i tak zwanych smaczków, jako że ten album nie powstał po to, by umożliwić delektowanie się każdą kolejną sekundą…

 

…zamiast tego dostajemy całość taką, jaka została zagrana. A jest to forma death metalu raczej zachowawcza. Symboliki agresywnego gniewu można tu znaleźć jednak znacznie więcej niż w przypadku opisywanego tu przeze mnie niedawno Phantom Blade. Riffy nie tną tutaj bez przerwy, czasem wszystko zwalnia i przeistacza się w melodie (co słychać w otwierającym krążek numerze „Voices”). Gitarowo krążek brzmi całkiem solidnie, podobnie zresztą sytuacja wygląda w przypadku perkusji – robiącej miejsce właśnie gitarom. To powszechnie stosowany zabieg w tym środowisku – i tutaj nie umykają nam bębny, które choć nie powalają co chwila zabójczym tempem, to jednak utrzymują odpowiednie dla śmierciowych standardów tempo. I tu kłania się thrashowy „Pestilence”, który jest po prostu bardziej ze wszystkim. Szybszy, cięższy, mocniejszy, bardziej zapadający w pamięci. Widziałbym go jako instrumentala – a dlaczego, wyjaśnię za chwilę. Poza tym, na albumie raczej nie dzieje się zbyt wiele – chociaż może to po prostu mi trudniej to wyłapać, jako że do fanów podobnego grania niestety nie należę…

 

VomitvsanctvS – „Secretion of Contempt”

 

…ale jednocześnie przyznam, że słuchało mi się tego albumu nieco lepiej, niż początkowo zakładałem. Największy dylemat mam jednak z wokalem: niby zdaję sobie sprawę z tego, że stanowi on symbiozę ze stylistyką zespołu. Wiem, że po prostu pasuje, jednak nie mogę się pozbyć wrażenia, że zbyt często dominuje w nim monotonia – i jak dla mnie trochę za bardzo wysunięto go na pierwszy plan. Od growlu oczekuję choć niewielkiej melodyki, lub czegoś co mogłoby zwyczajnie uatrakcyjnić jego postać. Sztuka growlowania dla samego growlowania jakoś po mnie spływa, nic na to nie poradzę. Z taką opinią reprezentuję zapewne mniejszość, ale to nie pierwszy i nie ostatni raz. Z tego też względu myślę o „Pestilence” jako utworze potencjalnie instrumentalnym – gdyby tak było, myślę że bym do niego wracał, i to nie jakoś specjalnie rzadko. Instrumentalnie zdecydowanie wyróżnia się na plus względem całej reszty – w sumie to troszkę dziwne, że aż tak. Przynajmniej w moich oczach.

 

Czy album spodoba się gatunkowym wyjadaczom? W to akurat nie wątpię. Czy jest on przeznaczony wyłącznie dla nich? Tu już sprawa nie wygląda tak zerojedynkowo, jako że trudno dopatrzeć się tu skrajności, jak by to mogła sugerować ta dość… charakterystyczna nazwa zespołu. Ale tu znowu zagwozdka: może szarpnięcie się bardziej w stronę jakiejś skrajności mogłoby wyjść albumowi na dobre? Gdybam sobie, bo nie wiem jak zamknąć ten tekst. Nie sądzę, by „Secretion of Contempt” jakoś prędko znów wylądowało w moim odtwarzaczu, ale też nie mogę napisać, że się męczyłem. Jakbym miał zaś spojrzeć tak całościowo, to jednak zostawię ten krążek bardziej zadomowionym w deathowym podziemiu. Nie moje klimaty, tak po prostu.

 

Łukasz (Barliniak) dla Radia ElitaCafe/R.E.C/

 

VomitvsanctvS na Facebooku

 

Fot.: Mateusz Żendzian