SARS – thRough Reality

SARS to całkiem młoda stażem rzeszowska załoga, która dosyć mocno rzuca się w oczy ze swoją nazwą. Motyw dobrania nazewnictwa do obranej stylistyki brzmienia bez wątpienia znany i popularny – ale zawsze jest to całkiem przydatna podpowiedź dotycząca tego, co za chwilę usłyszymy. A lekko nie będzie. Będzie krótko, lecz intensywnie; jednolicie, ale zarazem dość różnorodnie; gniewnie, lecz nie bez polotu. Tak właśnie przedstawia się zespół na swojej debiutanckiej EPce, „ThRough Reality”.

Zanim cała płyta mogła trafić do słuchaczy, musiało minąć nieco czasu. Pierwszy singiel ujrzał światło dzienne jeszcze w roku 2019, a w międzyczasie, czyli w październiku 2020 roku, zaszła zmiana na stanowisku wokalisty – na płycie swoje partie zarejestrował jeszcze poprzedni gardłowy, Jaro Ropa. Ostatecznie wydawnictwo miało swoją premierę siódmego lutego 2021 roku.

Mimo tego, że ilość materiału w istocie jest niewielka, zespołowi udało się wymknąć gdzieś poza granice mocnego, lecz jednostajnego i przez to monotonnego grania. Różne źródła podają różne informacje co do brzmienia kapeli, więc i ja dorzucę swoje trzy grosze. Gdy po raz pierwszy włączyłem EPkę i usłyszałem charakterystyczne, niskie tony, w mojej głowie pojawiło się przeczucie, że „ThRough Reality” faktycznie może mi się spodobać. Ale, jak się później okazało, muzycy nie opierają się wyłącznie na tym. Dla mnie ten materiał brzmi dość deathcore’owo (potężny deathcore’owy cios uderza na początku „Bastard Nation”), choć miejsce dla klasycznego death metalu także się znalazło. Nawet całkiem sporo miejsca. Gdy trzeba, zespół zwalnia, czyniąc prawdziwą siermięgę, by po chwili gwałtownie się rozpędzić i gnać przed siebie bez opamiętania. Moim zdaniem raczej nie wykracza on poza ramy wspomnianych gatunków, ale za to wykorzystuje je w dosyć szerokim zakresie.

Gdybym miał opisać „ThRough Reality” jednym słowem, wybrałbym najprawdopodobniej „obłąkany”. Plugawe szaleństwo wylewa się z głośników strumieniami. Dużo tu psychodelii, ale nie takiej, do której przyzwyczaiły nas rockowe kapele lat 60. – o nie, SARS gwarantuje słuchaczowi dużo bardziej zbrutalizowane dźwięki. Definitywnie nie jest to materiał dla każdego – choć ledwo przekracza kwadrans, to w jego przypadku zdecydowanie nie można mówić o jakiejkolwiek litości.

Sample, klawisze, ozdobniki? Zapomnijcie. Pod tym względem muzyka SARS została całkowicie uproszczona. Solówek gitarowych także zabrakło, ale ich brak (przynajmniej częściowo) rekompensowany jest przez mniej lub bardziej psychodeliczne partie (najlepiej słychać to chyba w otwierającym EPkę „Delightly Frost” oraz „Thought Flood”). Niektóre z nich kojarzą mi się trochę ze wczesnym Slipknotem, choć nietrudno zauważyć, że oba zespoły diametralnie różnią się od siebie stylistyką.

Owszem, SARS obchodzi się ze słuchaczem dość brutalnie, choć wcale nie potrzebuje do tego olbrzymich pokładów stęchlizny. W tej kategorii muzycy celują zdecydowanie we współczesne realia. Paradoksalnie nie znajdzie się tu aż tyle surowości, ile można by było się spodziewać. Ograniczono ją na rzecz przejrzystości, dzięki której każdy z pięciu zawartych na EPce strzałów dysponuje odpowiednią siłą rażenia. Szczerze przyznam, że nawet mi nie brakuje tych prymitywnych, brzmieniowych zgrzytów wydobytych z najmroczniejszych otchłani – nie każdy death metal tego potrzebuje, nieważne, czy współczesny czy nie.

Na samym początku nie do końca mogłem się przekonać do wokalu. Choć w wybitnym stopniu zezwierzęcony i wzbogacony sporą dawką szaleństwa, w niektórych utworach wydaje się jakby lekko odstawać względem muzyki. A może to właśnie przez ten radykalizm…? Może podświadomie czułem, że potrzebuję chwili wytchnienia…? Ostatecznie wyszło na to, że było to tylko pierwsze wrażenie, gdyż z czasem się do niego przyzwyczaiłem, choć teraz w sumie nie wiem, czy ma to jeszcze jakiekolwiek znaczenie. Może jednak ma – w razie chęci powrotu do EPki.

Materiał trzyma równy poziom – nie wchodzi na wyżyny, nie schodzi poniżej określonej linii. Z tego względu zabrakło na nim utworów słabych i utworów wybitnych, ale z jakiegoś powodu najlepiej słuchało mi się właśnie „Delightly Frost”. Teoretycznie nie zawiera on w sobie niczego, czego nie mają w sobie pozostałe utwory, ale wyróżniłbym w nim to, że potrafi zbudować nastrój. Zaczyna się dość spokojnie jak na całokształt, by po trzydziestu sekundach rozpętać burzę, przeplataną mniej lub bardziej różnorodnymi sekwencjami. Spodobały mi się też gitarowe jazgoty w „Thought Flood”, ale jemu zostawię już drugie miejsce.

https://youtu.be/XROoZ2NnxNY

Mimo dość nowoczesnej formy „ThRough Reality” ma szansę spodobać się także wyjadaczom, którzy na klasycznym death metalu zjedli zęby – głównie dlatego, że pozbawione jest wszystkiego, co uczyniłoby go przekombinowanym. Z jednej strony prostota, z drugiej chaos i szaleństwo. SARS może zapewnić niewymagającą i niezobowiązującą rozrywkę dla wielbicieli bardziej intensywnych brzmień, więc jeśli nie oczekujesz niczego ponad to, debiut rzeszowian powinien być dobrym wyborem.

Barlinecki Meloman

https://www.facebook.com/SARSband

Fot. Dominik Baran Fotografia