MEPHARIS – ETERNAL NIGHT

Zespół Mepharis ma już za sobą ponad dekadę działalności, choć w dalszym ciągu kojarzony jest zapewne bardziej z undergroundową sceną. W tym czasie zarejestrował jeden pełny album oraz EPkę, a na początku czerwca tego roku ukazał się drugi album, zatytułowany “Eternal Night” – nie znam wcześniejszego dorobku zespołu, ale świeża premiera faktycznie zdaje się być na tyle interesująca, by nie zaginąć w odmętach tego środowiska muzycznego.

Wspomniany underground zdaje się służyć tego typu wydawnictwom, głównie ze względu na określoną z góry grupę docelową, do której ma trafić album, oraz nawiązywanie charakterystycznej więzi z odbiorcami. Ale zapomnijmy na moment o undergroundzie i skupmy się na całokształcie najnowszego dzieła poznańskich muzyków.

Tytuł mówi jasno – ma być mrocznie. Jak bardzo mrocznie? To zależy od tego, na jaki gatunek nastawi się słuchacz. Ja przyznaję, że dałem się nieco zaskoczyć tym, co usłyszałem. I to dwa razy. Pierwszy raz, gdy album rozpoczął się utworem “Before Night Falls” – na początek nieco deszczowy szum (choć niezbyt podobne, to wywołał on u mnie pewne skojarzenia z legendarną kompozycją “Black Sabbath“), po chwili wkroczyła leniwa linia basu… Zaraz perkusja, a wraz z nią gitara akustyczna. Zdawało mi się, że będzie ona wieść prym, ale gdy kompozycja rozkręciła się na dobre, wyprowadziła mnie z błędu.

https://youtu.be/UwMjch-CvwY

Należy podkreślić, że jest to muzyka bardzo melodyjna, wywodząca się z pogranicza heavy i thrash metalu, przy czym tego pierwszego jest tu zdecydowanie więcej. Cały materiał to jedna wielka galopada energicznych riffów podbitych nieustępującą im perkusją. Solówek jest całkiem sporo, zgodnie z gatunkowymi standardami. Czy melodyjność może iść w parze z mrokiem i melancholią? Poniekąd tak, choć “Eternal Night” raczej nie kojarzy mi się z ponurym klimatem. Moim zdaniem, trochę jednak zbyt melodyjnie na dołujący nastrój…

…choć nie mogę odmówić zespołowi pewnej szarości, która dyskretnie, lecz zauważalnie wydobywa się ze wszystkich siedmiu kompozycji. Dzięki mało radykalnej formie zespół uniknął tego, co niestety jest bardzo powszechne w przypadku “mrocznych” i “ponurych” zespołów, czyli komicznego patosu oraz przerostu formy nad treścią. “Eternal Night” nie jest albumem na pokaz, odpowiednio dawkowano na nim środki.

Najlepszym przykładem będzie tutaj dość powszechne użycie gitar akustycznych, faktycznie nadające muzyce melancholijnego nastroju – w dużo większym stopniu, niż partie metalowe. W tym miejscu warto wspomnieć o swego rodzaju ciekawostce: akustyk pojawia się w kilku utworach, ale w każdym z nich użyty jest tylko w początkowej części – gdy kompozycja się rozkręca, robi on miejsce swoim elektrycznym odpowiednikom. Niby nic szczególnego, ale jednak odnotowałem to jako element dodający płycie charakteru.

Wszystkich utworów jest siedem, co daje nam trochę ponad pół godziny materiału. Może się to wydawać niewiele, ale z mojej perspektywy wrażenie to jest nieco złudne. Właściwie to ni to EPka, ni to „pełniak” – bardziej coś pomiędzy. W tym momencie pojawia się inne wrażenie, tym razem już szczere i wyraźne: album wydaje się być dłuższy, niż jest w rzeczywistości.

Jest to zapewne kwestia tego, że każda z kompozycji, mimo umieszczenia tu i ówdzie pewnych dekoracji (najciekawszym z nich zdecydowanie są akustyczne brzmienia, i to nie tylko dzięki formie ich zastosowania), nie różni się znacząco od pozostałych. Gdyby “Eternal Night” faktycznie zawierało kilka dodatkowych numerów, całość zaczęłaby mi się już chyba dłużyć. O ile nie byłyby one odpowiednio urozmaicone, bądź oryginalne względem reszty.

Wokal to z kolei moje drugie zaskoczenie. W sumie nie wiem, na co konkretnie się nastawiałem, ale przypuszczam, że między innymi na jakieś klasyczne, podniosłe heavymetalowe zaśpiewy. Ale nie, “Eternal Night” od strony wokalnej prezentuje się zupełnie inaczej. Zamiast falsetowych popisów mamy dość głęboki, lekko bulgoczący growl, może nieco zbyt jednostajny jak na tak melodyjną odmianę metalu. Z drugiej strony można powiedzieć, dzięki temu powstał wyraźny kontrast pomiędzy strefą wokalną a muzyczną.

Moje dwie ulubione części albumu to kolejno początek oraz koniec – dzięki temu powstała klamra spajająca ze sobą całość. Efekt dodatkowo potęguje fakt, że album zaczyna się i kończy w podobnym stylu. W “Before Night Falls” najlepiej zostało ukazane stopniowe rozbudowywanie kompozycji, spodobały mi się też bujające sekwencje gitarowe w środkowej części. Z kolei “Restless Oblivion” ujawniło przede mną bardziej psychodeliczne oblicze zespołu. Sama kompozycja wydała mi się także nieco bardziej rozbudowana i progresywna względem reszty. Wspomnę jeszcze o intrygujących solówkach w “Serenity“, ale to jednak jeszcze za mało, bym również wytypował ten utwór jako jednego z faworytów.

Eternal Night” niby niczym wyjątkowym się nie wyróżnia, ale miło posłuchać czegoś, co mimo korzystania z najpowszechniejszych wzorców dodaje też coś od siebie. Drugi album Mepharis nie przemęcza ani nie wywołuje uśmiechu politowania. Jeśli szukacie brzmień zakorzenionych w klasycznym heavy metalu i jednocześnie macie dosyć świdrującego w uszach falsetu, śmiało sięgnijcie po “Eternal Night“. Przy tych dźwiękach można całkiem przyjemnie spędzić pół godziny, bez niedosytu i bez niedopowiedzeń.

Barlinecki Meloman

https://www.facebook.com/Mepharis/