Dance Like Dynamite “Litania kłamstw”

Z reguły nie sprawdzam danego wykonawcy, zanim podejmę decyzję o napisaniu recenzji. Na samym początku mojej recenzenckiej działalności dokładniej upewniałem się, z czym konkretnie będę mieć do czynienia, ale z czasem uznałem jednak, że lepiej będzie brać albumy w ciemno. Oczywiście zdarzają się wyjątki – tym razem także odstąpiłem od tej reguły i zawczasu odpaliłem sobie przedpremierowo „Litanię Kłamstw” zespołu Dance Like Dynamite. Już po pierwszych dźwiękach wiedziałem, że będę chciał o niej napisać. Data premiery przypada na dwudziestego maja, i z czystym sumieniem mogę napisać, że jest to materiał zdecydowanie wart uwagi.

Zanim jednak wyjaśnię, skąd taka teza się wzięła, rzucę na start kilkoma faktami: Dance Like Dynamite powstało w roku 2015, a „Litania Kłamstw” to konkretnie trzecie wydawnictwo zespołu. Sami muzycy zdążyli nabrać doświadczenia w innych projektach, zakładam więc, że ma to pewien wpływ na końcową postać albumu, dojrzałą i poważną. Zwłaszcza poważną, bo kryje się za tym konkretny przekaz. Album dzieli się na dwanaście utworów, a może raczej epizodów…

…gdyż jest to album koncepcyjny. Opowiada on historię o walce z nałogami oraz poszukiwaniu samego siebie. Dość powiedzieć, że temat z życia wzięty – Krzysztof „Sado” Sadowski napisał teksty o problemach osobistych, ale zarazem dość powszechnych, niestety. Dotykały one i będą dotykać wielu z nas. Charakterystyczny jest sposób przedstawienia tych tekstów – w części utworów wokal Sadowskiego jest właściwie pozbawiony jakiejkolwiek melodyki, a do rapu też mu trochę brakuje (chociaż w zwrotkach utworu „Nie ma nas” faktycznie zbliża się on do rapu). Momentami jest to po prostu recytacja prezentowana do muzycznego podkładu, i to faktycznie może wymagać pewnego przyzwyczajenia. Poszczególne fragmenty historii opowiadane są z zamierzoną monotonią, jakby bez emocji, choć to w rzeczywistości tylko złudzenie. Słychać w tym pogodzenie się z losem, a jednocześnie chęć walki z nim, oraz, wraz z rozwojem tejże historii, nadzieję na lepsze. Bo wątek nadziei także się tutaj pojawia.

Sadowski nie odpowiada za wokale jako jedyny. Na trzecim albumie zespołu znalazł się cover utworu Johna Barry’ego, tutaj noszący tytuł „Diamenty żyją wiecznie” – zaśpiewano go po polsku, damskim, bardzo przyjemnym głosem. Czy ta wersja „Diamonds are Forever” także jest częścią całego konceptu „Litanii kłamstw”? Cóż – ja przyjmuję, że gdyby nie była, to na albumie by się nie znalazła. Dodatkowym uzupełnieniem liryk lidera grupy jest kompozycja „Są takie chwile”, w której wykorzystano wiersz o tym samym tytule autorstwa Kazimierza Przerwy-Tetmajera.

Kolejną atrakcją jest użycie dwóch języków obcych – po jednym na utwór. I żaden z nich nie jest bynajmniej językiem angielskim. „Geheimnis” otrzymuje ode mnie tytuł najbardziej specyficznego utworu spośród wszystkich pozostałych, a to spowodowane jest niemieckim tekstem, a także tym, że zespół faktycznie zadbał o to, by „Geheimnis” brzmiało tak niemiecko, jak tylko się da. Wystarczy dorzucić do tekstu prosty rytm oraz pewną motoryczność. Nie każdemu to podejdzie, nie ma co ukrywać. Zaraz po nim następuje coś w rodzaju przerywnika – „Nattasang” (czyli po norwesku „kołysanka”). Tytuł faktycznie zobowiązuje – są to klawiszowe, delikatne i zarazem melancholijne dźwięki, lekko podbite elektroniką oraz uzupełnione kojącym głosem, również damskim.

Muzycznie album ten zupełnie wymyka się schematom. Dominuje oczywiście brzmienie gitar, a całość wypełniają takie brzmienia jak hard rock, new romantic, coldwave, punk rock czy też (nie)zwykła alternatywa. Dobrym przykładem muzycznej otwartości jest na przykład „Szukam”, ze świetnym, jakby rozmytym, nowofalowym riffem, oraz nieco toporną elektroniką, ale prawda jest taka, że teoretycznie mógłbym przedstawić w tym miejscu jakikolwiek inny utwór z albumu. A metal? Nawet i tego nie zabrakło – wystarczy wsłuchać się w mocarny początek kompozycji „Ból jest niewidzialny”. Wraz z mijającymi sekundami, pomiędzy lekkim podkładem pod szeptane zwrotki (mieszane z dużo bardziej agresywnymi partiami), utwór przechodzi z brzmień bardziej metalowych w lżejsze, choć nie mniej intensywne, punkowe. Pod względem ciężaru to najmocniejszy punkt albumu. Wrażenie potęgowane jest przez fakt umieszczenia go zaraz po „Nattasang”.

https://youtu.be/HQMw7hU-CZo

Instrumentarium, jak przystało na tak rozbudowany materiał, także wykracza poza standardy. Warto odnotować gościnny udział trębacza Tomasza Ziętka (trąbki możemy posłuchać we wspomnianych już „Nie ma nas” oraz „Są takie chwile”). Jak można wywnioskować po wymienionych przeze mnie wcześniej gatunkach, cały materiał jest bardzo trudny do zaszufladkowania, więc nawet nie próbuję tego robić. Nie waham się nazwać tych dźwięków oryginalnymi, mając pełną świadomość tego, że dziś o oryginalność w muzyce trudno. Na pewno nie jest to coś zwyczajnego, do niezobowiązującego posłuchania  – całość tworzona jest przez zdecydowanie zbyt wiele konkretnych, pozornie niepasujących do siebie elementów, by tak o jej posłuchać, po czym odstawić w zapomnienie. Wszystko ma tu swój cel oraz sens – wystarczyłoby usunąć jakąkolwiek część całej konstrukcji, a efekt finalny nie byłby już taki sam.

https://youtu.be/HwPU6pkjp-0

Litania kłamstw” to album faktycznie bardzo ambitny i różnorodny. Ozdobiony kilkoma nietypowymi dodatkami oraz przedstawiony w sposób dający do myślenia. Z racji tego, że jest to album koncepcyjny, którego należy słuchać od początku do końca, tak też do niego podszedłem. Chociaż to akurat tworzy według mnie pewien paradoks, gdyż żadne utwory nie brzmią tu tak samo – z tego względu być może warto by było wspomnieć, które z nich spodobały mi się bardziej, a które mniej, ale tym razem sobie odpuszczę. Jako całokształt najnowsze dzieło zespołu broni się bezproblemowo. Osobiście bardzo sobie cenię albumy, których nie można porównać do czegokolwiek, za którymi stoi z góry określony koncept, nie tylko tekstowy. Z każdym kolejnym odsłuchem „Litania kłamstw” zyskuje coraz bardziej, choć jednocześnie należy wspomnieć, że wymaga ona od słuchacza sporego zaangażowania oraz uwagi.

Barlinecki Meloman

 

https://www.facebook.com/dancelikedynamite

Fot: Ivo Ledwożyw

DEVILSNACK  „GAMMA MUTANT”

Choć Devilsnack samo w sobie jest dość świeżym projektem (powołano go do życia w 2017 roku), to tworzą go dość doświadczeni muzycy – pewne źródła mówią, że jest to już swego rodzaju “supergrupa”. Opinie na temat supergrup bywają różne, ale w tym przypadku nie mamy do czynienia ze światowymi sławami, tak więc ten temat pozwolę sobie pominąć. Skład Devilsnack ustabilizował się w roku 2018, a rok później zaowocowało to wydaniem debiutanckiej EPki „Gamma Mutant”. Cztery utwory (w tym jeden bonusowy), kilkanaście minut, mnóstwo potencjalnych możliwości.

Po miesiącach odkrywania nowych ścieżek oraz poszukiwań brzmień, w których muzycy odnajdą się najlepiej, padła decyzja, by grać groove metal. Czy jest to zwyczajny groove metal? Cóż – sama muzyka nie przynosi większych niespodzianek, za to jest zagrana zgrabnie i wstydu absolutnie nie przynosi. No i nie ogranicza się do piłowania ciągle tych samych motywów. Zapożyczeń jako takich nie odnajduję, chyba że mówimy o innych gatunkach – we wszystkich kompozycjach ewidentnie czai się ten rockowy dryg.

Co to oznacza w praktyce? Ano tyle, że generalnie w dalszym ciągu jest to metal, niemniej swoją formą może przekonać do siebie także słuchaczy o bardziej wrażliwym słuchu. Na próżno szukać tu szaleńczego pędu czy też tnących jak maczeta, świdrujących riffów. Nie zabrakło za to melodii oraz rytmów na tyle chwytliwych, by noga sama z siebie zaczęła do nich tupać. Czy z tego powodu momentami robi się zbyt lekko i zbyt delikatnie? Niezupełnie. Od takich zespołów nie ma co oczekiwać sieczki, tu kluczem jest bardziej wyważone granie. Dobrze słychać to chociażby po solówkach – i choć w przypadku tej z utworu „Razorblade” faktycznie można było sobie pozwolić na więcej, tak ta z utworu tytułowego zdecydowanie przypadła mi do gustu swoją stonowaną formą. Ale żeby nie było nieścisłości: zespół nie odcina się całkowicie od solidniejszych uderzeń, dzięki czemu jako taki balans udało się zachować.

Podobnie jest z wokalami. Na szczęście nie występuje tu żadna monotonia, czy też jednostajność – melodyjności odmówić mu nie można. Przeważają partie z pogranicza czystego śpiewu oraz wrzasku, choć zarówno całkiem czyste (charakterystyczne dzięki swojemu niskiemu tonowi) partie, jak i bardziej agresywne, ochrypłe wokale również się trafiają. Z kolei przejścia w klasyczny growl mają miejsce rzadko. Być może należę do mniejszości, ale przyznam szczerze, że bardziej odpowiadają mi właśnie te czyste partie. Może dlatego, że nie przechodzą one w patos oraz kicz, które tylko by tej EPce zaszkodziły, a po prostu dodają kilka punktów do ogólnej rozmaitości.

Na sam początek idzie „Razorblade”, wbrew tytułowi polskojęzyczny – jako jedyny z całej płyty. I już sam ten fakt pozwala na niego spojrzeć z nieco innej perspektywy. Bardziej „po naszemu”. Rozpoczyna się miarową perkusją oraz charakterystycznym basowym riffem, by po chwili pod asystą konkretnych wrzasków Kangura przejść w część właściwą, uzupełnioną o gitarę elektryczną. Przyznam szczerze, że po tym dość agresywnym rozpoczęciu spodziewałem się czegoś cięższego, ale ostatecznie nie czuję jakbym faktycznie coś stracił. Na uwagę zasługuje refren, za którym faktycznie chciałoby się wtórować samemu.

Następny w kolejce jest utwór tytułowy. I w nim chyba najbardziej słychać, że gdyby zespół całkowicie wyzbył się nieco mocniejszych fragmentów, to mogłoby się zrobić zwyczajnie nudno. Gdy dorzucimy do tego mocarne zwrotki (efekt podbijany jest przez pogłos nałożony na wokal w ostatnich sekundach) i minimalną ilość czystych ścieżek, otrzymujemy najcięższą kompozycję na płycie. Za dużej konkurencji może i nie miała, ale to akurat raczej nieistotne.

Numer trzeci na krążku zajmuje „Desert Walk”. Zaczyna się bez przytupu, ale gdy wchodzi wokal, riff przechodzi diametralną przemianę i robi się dużo bardziej „walcowaty”. Pod względem ciężaru niewiele ustępuje poprzednikowi. Tu zwykłego śpiewu także niewiele, ale właśnie te partie mogę nazwać swoimi ulubionymi. Niestety nie bardzo idzie to w parze z muzyką, bo „Desert Walk” właściwie kończy się, zanim na dobre się rozkręci. Instrumentalnie nie przykuł on mojej uwagi na dłużej, ale to jeszcze nie powód, by go pomijać w trakcie odsłuchu.

Płytę kończy „Saddling a Unicorn”, numer inny od pozostałych. A już na pewno najbardziej niepoważny. Wobec niego mam raczej mieszane odczucia, bo samą konwencję (która gładko przechodzi w dystans) można docenić, ale gdy porówna się go z pozostałą trójką, to jednak trochę się to ze sobą gryzie. Stylu muzycznego Devilsnack nie zmienił, ale podejście już tak. No i refren jak dla mnie ciut za bardzo przekombinowany… Pamiętam o tym, by traktować „Saddling a Unicorn” z przymrużeniem oka, ale chyba jednak wolę, gdy zespół trzyma się poważniejszych tematów.

https://youtu.be/Y_NoHd71gnU

Gamma Mutant” to EPka dość zwyczajna, choć ma sporo momentów, na których warto zawiesić ucho. Na niedobór materiału nie narzekam, na początek wystarczy – debiutanckie EPki traktuję zazwyczaj głównie jako klasyczną demonstrację możliwości. Oczywiście jest szansa, że po upłynięciu tych kilkunastu minut co niektórym zacznie doskwierać niedosyt. W takiej sytuacji są dwa wyjścia: albo włączyć płytę od nowa, albo poczekać na kolejny krok zespołu. Którą opcję wybierzecie?

Barlinecki Meloman

https://www.facebook.com/devilsnackPL