CRACK  „Wstrzymać Czas”

Na wstępie muszę przyznać, że dokładniejsze zapoznanie się z przedstawionym przeze mnie albumem stanowiło dla mnie niemałe wyzwanie. Po pierwszym odsłuchu byłem wręcz fizycznie zmęczony, choć zdarzało mi się obcować z mocniejszymi i bardziej radykalnymi albumami, tak więc gratuluję zespołowi Crack za odpowiednie podejście do tematu. W końcu nagrywanie albumów ciężkich, trudnych i wręcz męczących, ale jednocześnie takich, do których jeszcze się wróci, to jednak sztuka. Ja na samym początku wracać teoretycznie musiałem, choć przypuszczam, że moja przygoda z zespołem nie skończy się w momencie, kiedy skończę pisać ten tekst. Tym razem przyszło mi zmierzyć się z najnowszym dzieckiem wspomnianej grupy, które zatytułowano „Wstrzymać czas”.

Z tego co się orientuję, Crack aż tak świeżą grupą nie jest, choć „Wstrzymać czas” to ich pełnoprawny, oficjalny debiut. Kilka utworów było opublikowanych już parę lat wcześniej, w bardziej surowej formie. Na krótki czas przed premierą albumu zaszła zmiana na stanowisku wokalisty, ale album zarejestrowano jeszcze z Oskarem Chylińskim, którego zastąpił Krzysztof Krupa.

 „Wstrzymać czas” to w sumie jedenaście kompozycji, w skład których wchodzą zintegrowane z utworem tytułowym intro oraz osobne outro. Dość mocno odbiegają one stylistycznie od reszty (elektronika oraz sample), zapewne również dlatego, że zajął się nimi odpowiadający także za miks i mastering Krzysztof Bendarowicz, i właśnie te dwa elementy jako jedyne przynoszą trochę spokoju (choć myślę, że „spokój” to jednak mimo wszystko ciut za dużo powiedziane).

 Nie martwcie się, na więcej nie ma co liczyć. Można tym samym powiedzieć, że początek daje chwilę na psychiczne przygotowanie się, a koniec to odpowiedni moment, by zacząć powoli dochodzić do siebie po tym, z czym się zetknęliśmy. Sama muzyka kojarzy mi się trochę z Panterą za czasów Philipa Anselmo, choć Crack operuje jeszcze większą brutalnością oraz agresją. Bez wątpienia mamy tu do czynienia z hybrydą thrash i death metalu – muzycy wspominali także o crossoverze, i jeśli ten crossover traktować dosłownie, to jak najbardziej się z tym zgadzam. Coś jeszcze? Demoniczny wokal Chylińskiego momentami przywodzi na myśl black metal, ale to raczej za mało, by podciągnąć ogólną stylistykę pod ten podgatunek.

Sam początek absolutnie nie zwiastuje tego, co za chwilę się rozpęta – owszem, jest dość mrocznie i tajemniczo, lecz na tym w zasadzie się kończy. Z podobnymi „openingami” spotykałem się na początkach koncertów. Po upływie niecałych dziewięćdziesięciu sekund rozpoczyna się właściwa część utworu tytułowego, wybranego zarazem jako utwór otwierający album. Pierwsze, co uderza słuchacza, to bardzo charakterystyczny, pełen jadu wokal. Nie jestem pewien, do czego mógłbym go porównać, ale bez żadnych wątpliwości stwierdzam, że to on stanowi główną siłę materiału. Od niskich growli po blackowy skrzek – utrzymany w dość nienaturalnym wydźwięku, co w istocie tylko dodaje mu charakteru. W najlepszych momentach dosłownie przeszywa słuchacza od góry do dołu, bezlitośnie chłosta, nie znając litości. Ciekawe, jak na tym stanowisku sprawdzi się Krupa, bo wokale Oskara zrobiły na mnie duże wrażenie. To już sama muzyka obchodzi się delikatniej ze słuchaczem, co nie znaczy oczywiście, że faktycznie jest wobec niego delikatna. Jako przykład niech posłuży numer „Poczwara”, dobrze już znany fanom grupy. Może on się pochwalić jednym z najlepszych i zarazem najmocniejszych riffów na płycie, a zarazem brzmi dość mechanicznie i chyba najbardziej przesiąkł death metalem. Podobnie sprawa wygląda z dość niepozornie zatytułowanym utworem „Wampirki”, przy którym człowiek ma ochotę od razu rzucić się w wir headbangingu (rewelacyjne rozpoczęcie). Przy zwrotkach muzycy trochę się uspokajają, co z kolei owocuje automatycznym wprawieniem nogi w ruch. Serio, „Wampirki” są na swój sposób… przebojowe. Takie stwierdzenie może i wygląda groteskowo, ale inaczej tego nie przedstawię. Szkoda tylko, że takie to krótkie.

Niech ta „przebojowość” będzie potwierdzeniem tego, że na płycie znajdziecie także melodie. To mimo wszystko nie powinno być dla nikogo zaskoczeniem, bo gitarowy duet szczerze, ale bez patosu pokazuje, na co go stać. A solówki to już w ogóle mistrzostwo, ulubionej chyba nie wybiorę. To zadanie dodatkowo utrudnia mi fakt, że na ‘Wstrzymać czas” solówkami sypie się jak z rękawa. Chociaż, jak się tak głębiej zastanowić, to chyba powinienem wyróżnić finałową minutę „Jest mi w niebie źle”. Ciekawie przemyślane jest także to przejście gitarowej sieczki w dość subtelną elektronikę. Elektronikę będącą głównym podkładem całego „Outro”, więc oba numery siłą rzeczy się ze sobą łączą. Myślę, że warto jeszcze wspomnieć o polskich tekstach, trochę pod kątem ciekawostki. Może się mylę, ale z moich obserwacji wynika, iż na polskojęzyczne albumy trafia się na naszym rodzimym podwórku stosunkowo rzadko. Oczywiście można to usprawiedliwić chęcią dotarcia do szerszego grona odbiorców, ale dla mnie osobiście pisanie polskich tekstów to dodatkowy ukłon w stronę polskich słuchaczy. Nawet, jeśli momentami ciężko te słowa zrozumieć. Trochę wyróżniają się tutaj „Charyzmaty”, ale nie będę psuć niespodzianki. Zamiast tego zamknę nim listę wspomnianych przeze mnie kompozycji, będącymi zarazem moimi faworytami.

Debiut zespołu odciska na słuchaczu wyraźne piętno. Zostawia duże, trudne do zakrycia blizny, poniewiera i katuje. I właśnie dlatego będę do niego wracać raczej rzadko, choć w przypadku intensywnego, metalowego mięcha (a takim właśnie jest ta płyta) wymienione cechy to tylko atuty. Po odsłuchu należy się odpoczynek, lecz pewnie trafią się i tacy, którym będzie mało i wcisną na odtwarzaczu „replay”. Mi na razie wystarczy emocji, zrobię sobie trochę przerwy. A pewnego dnia zacznie się na nowo: „Przygotujcie się, pora zapiąć pasy; Apokalipsa czeka was (…)” – tak więc jeśli szukasz solidnego gitarowego łomotu, to polecam „Wstrzymać czas” z czystym sumieniem.

Barlinecki Meloman