HALUCYNOGEN   „ZARAZA”

 

 

Pierwszy pełnoprawny album grupy Halucynogen czernią stoi. Gdzie nie spojrzymy, przeglądając solidnie zrobionego digipacka, niemalże zewsząd atakuje nas czerń. Całości dopełniają ponure, lecz już czarno-białe grafiki, każda dopasowana do odpowiedniego tekstu. Także gdy spojrzymy na same liryki, to naszym oczom wyobraźni ukazuje się świat zniszczony, punktujący wszelkie negatywne cechy ludzkie i zanurzony w ogólnej beznadziei.

Nie ma tu miejsca na kolory, bo kolory dodają życia. A zapoznawszy się z albumem, łatwo odnieść wrażenie, iż w stronę życia kierowana jest niemalże pogarda. Nasuwa się jednak pytanie, czy tej czerni możemy się spodziewać również w samej muzyce… A odpowiedź nie jest aż tak oczywista. Tak samo, jak powiązanie tytułu z obecną sytuacją na świecie, gdyż sam proces tworzenia albumu rozpoczął się przed erą pandemii. Czyżby proroctwo? Niezupełnie, ale do tego jeszcze się odniosę.

Owszem, mówi się by nie oceniać książki (płyty) po okładce. Tak samo, jak pamięta się o tym, że od każdej reguły są wyjątki. A czerń, jak wiadomo, brata się nie tylko z czystym black metalem. Czerń kojarzy się głównie z mrokiem i tajemniczością, a także ze śmiercią, złem oraz negatywnym obrazem świata – to akurat kwestia oczywista. Jak to się ma do muzyki?

Halucynogen oferuje słuchaczowi dosyć niekonwencjonalną hybrydę thrash i death metalu. Ponadto wyłapuję z tych dźwięków nieliczne, ale za to wyraźne nawiązania do punka. Hardcore punka, gdyby już doprecyzować.

Black metal owszem, również się pojawia, choć więcej go w wokalach niż w samej muzyce. A skoro już poruszyłem temat wokali: Mariusz „Maniek” Zawadzki sięga po najróżniejsze style wokalne, i żaden z nich nie sprawia mu większych problemów. Klasyczne growle, sięgające niekiedy bardzo nisko, blackowe skrzeki (moim zdaniem eksponowane chwilami aż nadto, co słychać w „Negatywie”), a nawet i śpiew. Ale żeby za grzecznie nie było, śpiew ten musiał zostać odpowiednio ubarwiony. Z reguły jest to szorstka, ochrypła, momentami zawodząca maniera, uwypuklająca wersy oraz ich kontekst.

Wróćmy do muzyki: należy podkreślić, że tutaj nie mamy do czynienia z jakimś przesadnie zezwierzęconym czy też zbrutalizowanym brzmieniem. Nie, pod tym względem „Zaraza” jest całkiem „ucywilizowana” (co dość mocno kontrastuje z konceptem wydawnictwa, ale zdecydowanie ułatwia jego i tak już dość trudny odbiór). Jest ciężko, jest energicznie, bywa i agresywnie, lecz bez przekraczania granic absurdu. Całość najzwyczajniej w świecie buja. Na początku uderza nas motoryczny, chwilami dość zachowawczy „Trupi”, którego tempo reguluje głównie warta uwagi praca perkusji. Gdzieniegdzie odzywa się punkowa energia („Psychoza”), pełno tu również zwolnień i całkiem chwytliwych riffów (świetnie rozpoczęty „Upadły”).

 Skojarzenia związane z konkretnymi wykonawcami potrafią nasunąć się same z siebie (momentami dość mocno katowski „Kłamca”). Kolejna rzecz, na którą zwraca się uwagę już po pierwszym odsłuchu, to brak solówek. I z tego akurat powodu czułem pewien niedosyt, który nasilał się wraz z pojawianiem się coraz to ciekawszych momentów.

A jak prezentuje się całość ogółem?

Krążek zawiera w sobie trzynaście kompozycji, przybliżonych do siebie zarówno stylistyką, jak i tytułami. Może poza intrem, umieszczonym dopiero na ósmej pozycji.

Niech Was tytuł nie zmyli: w rzeczywistości jest to tylko i wyłącznie przerywnik, a nie żadne wprowadzenie, błędnie umiejscowione w drugiej połowie albumu. W końcu gdyby zatytułować go inaczej, to nikt nie zwróciłby na niego większej uwagi, i właśnie z tego względu traktuję „Intro” po prostu jako małą zmyłkę. Wspomniałem, że utwory nie odstają od siebie stylistycznie – faktycznie, momentami pojawia się wrażenie, jakby co niektóre kompozycje się ze sobą zlewały (zwłaszcza, że większość utworów rozpoczyna się solidnym uderzeniem, i takim też się kończy), ale im dokładniej zapoznawałem się z „Zarazą”, tym to zjawisko występowało z mojej perspektywy rzadziej.

Chciałbym jeszcze wspomnieć o samych tekstach, w całości napisanych po polsku. Dominuje w nich punktowanie negatywnych ludzkich cech, przez co tworzy nam się obraz człowieka stanowiącego bezpośrednie zagrożenie dla otoczenia. Najlepsze jest to, że choć w tekstach bardzo łatwo dostrzec stylistyczne podobieństwo, to same tematy już się w nich nie powielają. Niektóre frazy przypominają nam o wręcz banalnych kwestiach, na które nie zwracamy uwagi bądź nie chcemy tego robić – a z którymi rzeczywiście możemy się zetknąć w prawdziwym życiu.

Gdyby tak zespolić ze sobą wszystkie teksty zawarte na albumie, to faktycznie składają się one w ostateczną, rozległą zarazę. Potencjalnie realną zarazę opisywaną jako podłych, przesiąkniętych złem ludzi, jako ogólną zagładę, jako pogrążenie wszystkiego wokół. Tak więc jest to zaraza nieco inna, bo za tę zarazę odpowiadamy tylko my sami. Wyczuwam lekko ironiczny wydźwięk poszczególnych fragmentów, czego przykładem niech będzie ostatnia zwrotka wspomnianego już utworu „Trupi.”

https://youtu.be/G-_YwRKEixE

Pierwsze pełnoprawne wydawnictwo Halucynogenu brzmieniowo raczej ucieka od prymitywizmu, jakim dość często charakteryzują się podobne albumy. Parę drobnych uwag jest, ale nie zmienia to jednak faktu, iż zespołowi udało się zręcznie połączyć całkiem czyste brzmienie ze stylistycznym oraz tekstowym brudem. Niech będzie to kolejny dowód na to, że warto czasem sięgnąć po zasadę kontrastu. No i brawa za samo fizyczne wydanie, zwłaszcza za zawartość książeczki. Niby to proste, niby banalne, ale jednak trafia ze swoim przekazem.

Barlinecki Meloman

https://www.facebook.com/halucynogen