ASYLUM  „INDEPENDENT”

Niezależność to niewątpliwie cecha, do której dąży zdecydowana większość z nas. Dotyczy to prawie wszystkich aspektów naszego życia, a dzięki byciu niezależnym ma się na nie wyraźnie większy wpływ. Nie blokują nas żadne niewidzialne kajdany, nie czujemy presji ze strony otoczenia, robimy wszystko po swojemu. Możliwe, że właśnie taka idea przyświecała zespołowi Asylum w trakcie prac nad pełnoprawnym debiutem, zatytułowanym „Independent” – w końcu tytuł zobowiązuje. Chyba, że od tego czasu coś się w ogólnym zamyśle zmieniło, bo przestawiany dziś przeze mnie album wcale aż taki świeży nie jest.

„Independent” zarejestrowano w roku 2010, jednak nim został on wydany, zespół zawiesił działalność. Reaktywacja w nieco zmienionym składzie nastąpiła w roku 2019, czego owocem było podjęcie decyzji o wydaniu „Independent” pod szyldem Metal Blast Records. Ostatecznie nie wprowadzono żadnych zmian w samych utworach, więc dzięki temu można sprawdzić, jak wyglądała forma zespołu zanim (tymczasowo) przestał on istnieć. Aktualnie Asylum pracuje nad premierowym materiałem, tak więc album „archiwalny” można potraktować jako swego rodzaju przystawkę.

Czas przejść do konkretów: ostatnie jak dotąd wydawnictwo grupy wypełnione jest dziesięcioma thrash metalowymi utworami, utrzymanymi co prawda w nieco wolniejszym tempie od tego, do którego zdążył nas już przyzwyczaić ten gatunek. Owszem, zespół próbuje stosować zmiany tempa, jednak nietrudno zauważyć, że nie są one jakoś szczególnie radykalne – poza tym iście szaleńcze tempa pojawiają się na płycie stosunkowo rzadko. Całość obfituje w zróżnicowane solówki, jedna z nich szczególnie mi się spodobała („Age of War”). Nawiązania do death metalu również są obecne, jednak ich obecność ogranicza się głównie do riffów oraz partii perkusyjnych. Wszystko spina charakterystyczny groove towarzyszący poszczególnym numerom – tym bardziej chwytliwym („Enemy”).

Słuchacz nie uświadczy tutaj żadnego wprowadzenia, przerywników ani ballad – innymi słowy od początku do końca thrashowa jazda, urozmaicenia są głównie chwilowe oraz mniej lub bardziej dyskretne. Jednocześnie muszę podkreślić, że jeden utwór wyraźnie różni się od pozostałych, nie tylko dzięki gościnnemu udziałowi wokalnemu. Mowa o utworze „State of Oppression”, a dodatkowy głos należy do wokalisty Terrordome, znanego jako Uappa Terror. Różnice wokalne dają się zauważyć od razu, a sam utwór znajduje się w ścisłej czołówce pod względem wypełniającego go zapału. Z jego długością jest natomiast zupełnie na odwrót, nie ma na płycie krótszego utworu. Wniosek? Idealnie skompresowana energia. „State of Oppression” ma w sobie pewien powiew świeżości, sam w sobie jest urozmaiceniem. Tym bardziej to doceniam, z tego względu że w obranej przez zespół stylistyce dość ciężko osiągnąć oryginalność. Dla mnie jeden z faworytów.

https://youtu.be/QqK-ioeK63Q

Chciałbym zwrócić także uwagę na utwór „Rwanda”, jeden z tych, które faktycznie opowiadają o czymś. Mam na myśli oczywiście autentyczne wydarzenia – w tym przypadku masowe ludobójstwo dokonane na ludzie Tutsi, które miało miejsce w 1994 roku w Rwandzie (jak wskazuje zresztą tytuł). No i gitarowe solo – również na plus.

https://youtu.be/6PvkQEWfDo8

Całość nie należy do szczególnie długich, zamyka się w niecałych trzydziestu sześciu minutach. Zaryzykuję stwierdzenie, iż słuchając go, można odnieść wrażenie jakby był dłuższy niż w rzeczywistości. Momentami faktycznie może się odrobinkę wydłużać – jednym kompozycjom będzie to na rękę, innym niekoniecznie. Ale chyba wiem, skąd bierze się taka postać rzeczy. Mianowicie uważam, że przydałoby się tu trochę większego szaleństwa, takiej szczerej, bezkompromisowej dzikości. Takiej, która dodałaby trochę ogólnego zróżnicowania. Nie od wszystkich albumów tego oczekuję, ale „Independent” akurat wydaje się być przez to ciut niekompletny. Oczywiście nie znaczy to, że nie odmawiam mu ciężaru – po prostu jest dobrze, ale zawsze może być lepiej.

Bardziej niż muzyka, jak najbardziej przyzwoita w swojej klasie, świadczy o tym wokal. Materiał udekorowany został dość klasycznym growlem, choć bliżej mu do ryku niż niskiego, wgniatającego w ziemię bulgotu. Pod względem techniki czy ogólnego brzmienia nie mam do czego się przyczepić, tak samo jak nie mogę napisać, że nie dostrzegam w nim pewnej monotonii. Dodatkowe wyeksponowanie poszczególnych partii w „Like Animal” to udany, dodający agresji zabieg, niemniej brakuje mi w tym wokalu jakichś większych smaczków… Z tego co mi wiadomo, to po reaktywacji zmiany w składzie objęły także stanowisko wokalisty – zobaczymy zatem, co przyniesie premiera kolejnego albumu.

„Independent” jako całość wypada całkiem dobrze, jednak nie dostrzegłem w nim tego „czegoś”. Niby wszystko jest na swoim miejscu, ale nie wyzwoliło to we mnie reakcji chemicznej, nie spowodowało gwałtownego wybuchu endorfin. Oczywiście doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że recenzowany przeze mnie materiał liczy sobie w praktyce już jedenaście lat i może w pewnym sensie stanowić poprzednią epokę (mam na myśli działalność zespołu), z tego względu nie pozostaje mi nic innego, jak czekać na kolejne wydawnictwo zespołu. Potencjał jest, i to spory.

Barlinecki Meloman

Fot. Maria Nowobilska

https://www.facebook.com/AsylumPL

ASHES  „On My Cursed Grave”

Ashes ciekawym zespołem jest. I nawet nie chodzi tutaj tylko o warstwę muzyczną, wizerunek zespołu, otoczkę czy cokolwiek innego. Przede wszystkim grupa musiała pokonać naprawdę długą drogę, by w końcu wydać swój debiutancki album. Początki zespołu sięgają roku 1991, w międzyczasie miały miejsce dwie przerwy w działalności, aż w końcu skład zaczął się stabilizować, co ostatecznie zaowocowało samodzielnie wydanym, pełnoprawnym debiutem, zatytułowanym „On My Cursed Grave”. Owszem, w międzyczasie ukazały się jeszcze dwie demówki, ale one mają zapewne rację bytu głównie wśród największych, najwierniejszych fanów. W końcu, po niecałych trzech dekadach, nadszedł czas na wydanie czegoś konkretnego, o zdecydowanie większym zasięgu – jak to jest wydawać debiut po tak długim odstępie czasowym?

Album liczy sobie dziewięć kompozycji – surowych, agresywnych, intensywnych. Tak, jak przystało na klasyczny death metal. Nie można odmówić muzykom umiejętności, szczególnie mając na uwadze fakt, że początek muzycznej kariery nie wiąże się z wydaniem tego materiału – wszak grupa ma za sobą lata, a nawet i dekady doświadczenia. I chociażby ten czynnik umożliwił możliwie jak największe dopracowanie albumu. Z tego względu i poprzeczka mogła być ustawiona nieco wyżej – a przynajmniej można snuć takie przypuszczenia. Przyznaję, że z demami się nie zapoznawałem, jednak wierzę w to, że grupa nie złagodniała przez te lata. Jednocześnie album nie jest grany „na pokaz”, jego duszny klimat zdaje się być autentyczny…

…zresztą, grobowa estetyka (bijąca nie tylko z tytułu) zobowiązuje. Śmierć, antyreligijność, ogólne bezeceństwo – słuchając „On My Cursed Grave”, można wyczuć niemalże fizyczną obecność tych trzech elementów. Inna sprawa, że bez nich chyba po prostu by czegoś brakowało. Całość utrzymana jest w tempie raczej szybkim, choć oczywiście nie brakuje odpowiednich urozmaiceń – zarówno takich absurdalnie wręcz szybkich, jak i tych zdecydowanie wolniejszych. Album rozpoczyna utwór „Satan’s Kingdom is Coming”: jego intro wita słuchacza dość niepokojącymi dźwiękami, a mianowicie zdeformowanymi odgłosami bliżej nieokreślonych istot, w które wpleciono fragment chóru, zapewne kościelnego… i po chwili rozkręca się na dobre. Bardzo charakterystyczny, zapadający w pamięć, nieco siermiężny riff, motoryczna praca perkusji, przytłaczająca atmosfera… Już po pierwszym utworze wiadomo mniej więcej, jaka będzie reszta materiału, tyle tylko, że „jedynka” podoba mi się wystarczająco, bym mógł wytypować ją jako jeden z najmocniejszych punktów albumu. Tym samym mogę potwierdzić, że liczy się głównie pierwsze wrażenie. Miłym akcentem jest także dość subtelna recytacja, która daje nieco wytchnienia w centralnej części kompozycji, i przy okazji wnosi nieco wokalnego urozmaicenia (podobny akcent można znaleźć także w „Demon of My Dreams”). Drugi z kolei „Suicide” także sypie konkretnymi riffami (początkowy basowy oraz wiodący szarpany), ale jego poprzednika stawiam jednak nieco wyżej. Pod pewnymi względami wyróżnia się także „Ścierwo” – jedyny utwór wykonany w języku polskim. Co prawda żeby w pełni go zrozumieć, najlepiej zajrzeć do książeczki z tekstami, ale to akurat żadne zaskoczenie – raczej nie oczekuje się łatwego zrozumienia liryk od gardłowych deathmetalowych kapel.

Skoro już poruszyłem tę kwestię, to dodam na temat wokalu coś jeszcze. Jaki on jest? Taki, jak muzyka – klasyczny, z perspektywy gatunkowej. Krzysztof Skorb operuje growlem bardzo głębokim, iście grobowym, wręcz prymitywnym. I robi to już od dłuższego czasu, bo stanowisko wokalisty w Ashes akurat się nie zmieniało. Stężenie plugastwa jest tutaj w sam raz, chociaż jak dla mnie wokal brzmi trochę zbyt jednostajnie. Brak czystych partii wokalnych w tym przypadku uznaję jako plus, ale jednocześnie nie pogardziłbym jeszcze jakimś smaczkiem. No i można by było go ciut schować w miksie, ja akurat wysunąłbym bardziej na pierwszy plan instrumenty. Między innymi dlatego, że ciężko mieć jakieś zastrzeżenia wobec samego brzmienia, wyrazistego i podkreślającego charakter albumu. Ashes zdecydowanie reprezentuje starą szkołę death metalu, nie uwspółcześnia go na siłę. Z tego względu wybór dotyczący najciekawszych stron „On My Cursed Grave” zależy raczej od tego, ile smaczków się wyłapie. A tych trochę tutaj jest. Przede wszystkim albumowi daleko od monotonii, głównie pod względem instrumentalnym. Zwrotki zwrotkami, refreny refrenami, ale nic tutaj nie powtarza się do znudzenia. Kompozycje są na tyle rozbudowane, że wymagają nieco większego skupienia w trakcie odsłuchu, co jak najbardziej idzie na plus. Znalazło się nawet miejsce na drobną zmyłkę, a to z powodu utworu „Mystification”. Jego początek brzmi zdecydowanie zbyt balladowo w porównaniu z resztą – spokojnie, bez pośpiechu, prawie że dostojnie. To tylko złudzenie, bo już po chwili słuchacz z powrotem dostaje po twarzy surową, agresywną sieczką, do której zapewne zdążył się już przyzwyczaić. Gdybym miał wybrać moją ulubioną część całego albumu, zdecydowanie stawiam na ostatnią (niecałą) minutę „Death Ends the Pain”. Świetna, dość jazgotliwa solówka, prowadząca całą końcówkę utworu aż do samego końca. Z reguły nie przepadam za takimi nagłymi i gwałtownymi zakończeniami, chyba że wyróżniają się niekonwencjonalnością i sprawiają, że odbiorca zatrzymuje się przy nich myślami na dłużej. Tutaj wyszło to rewelacyjnie.

Słuchając „On My Cursed Grave”, ciężko sobie uświadomić, że to rzeczywiście oficjalny debiut Ashes. Tak długi czas oczekiwania raczej nie miał wpływu na fakt, że grupa jakoby zatrzymała się w czasie –    i bynajmniej nie piszę tego jako przytyk. Nie jest to album nowoczesny, ani też szczególnie oryginalny, za to faworyzuje starą, dobrą szkołę death metalu – bez większych przeszkód wpisuje się on w gatunkowe standardy. Po latach niepewności powstał album szczery, unikający niepotrzebnej sztuczności, będący swego rodzaju przypieczętowaniem działalności grupy. Co będzie dalej? To się okaże. Sądząc po samym materiale, sytuacja jest stabilna.

Barlinecki Meloman